Zegar w kuchni pokazuje pierwszą dwadzieścia, kiedy słyszysz windę zatrzymującą się na waszym piętrze. Siedzisz w salonie od dwóch godzin, z wyłączonym telewizorem i telefonem odwróconym ekranem do stołu, bo tak Ci kazała. Każdy dźwięk z klatki schodowej podrywał Cię z fotela, a potem zmuszał, żebyś usiadł z powrotem i udawał spokój, którego w Tobie nie ma. Teraz klucz obraca się w zamku powoli, jakby Dominika wiedziała, że liczysz każdy jego obrót.
Wchodzi bez pośpiechu. Granatowa sukienka, którą rano przy Tobie wyprasowała, wygląda inaczej niż wtedy: pasek jest zapięty o jedną dziurkę luźniej, a na ramieniu nie ma już szala. Dominika zdejmuje szpilki w przedpokoju, stawia je równo przy ścianie i dopiero wtedy na Ciebie patrzy. W jej spojrzeniu nie ma winy, jest za to coś, co znasz z jej zwycięskich dni w kancelarii: chłodna, skupiona satysfakcja.
„Nie wstawaj” mówi, zanim zdążysz się podnieść. „Zostań dokładnie tam, gdzie jesteś.” Przechodzi przez salon, nalewa sobie szklankę wody i siada na kanapie naprzeciwko Ciebie, z nogą założoną na nogę. Pachnie wieczornym powietrzem, swoim perfumem i czymś jeszcze, cudzym, męskim, czego nie potrafisz nazwać. Wiesz, że ona widzi, jak to rejestrujesz.
„Pamiętasz nasze zasady?” pyta spokojnie, jak na przesłuchaniu świadka. Kiwasz głową, ale to jej nie wystarcza. „Powiedz je na głos.” Wymieniasz je posłusznie: ona decyduje, dokąd idzie i z kim, wraca do domu na noc, zabezpiecza się, a Ty w każdej chwili możesz powiedzieć „Sopot” i wszystko się kończy, bez dyskusji i bez pretensji. Dominika słucha z lekko przechyloną głową. „Dobrze. A czwarta?” Przełykasz ślinę. „Nie dotykam się, dopóki nie pozwolisz.”
Uśmiecha się po raz pierwszy tego wieczoru. „Grzeczny. To teraz posłuchasz, jak było.” Odstawia szklankę i opiera się wygodniej, jakby zaczynała mowę końcową w sprawie, którą już wygrała. Twoje dłonie leżą na udach, dokładnie tam, gdzie powinny. Czujesz, jak puls bije Ci w skroniach, w gardle, wszędzie.
Przez chwilę myślisz o tym, jak to się zaczęło. O nocy pół roku temu, kiedy w ciemności sypialni, z twarzą wtuloną w jej ramię, wyszeptałeś coś, czego nigdy nikomu nie powiedziałeś. Bałeś się, że się roześmieje albo odsunie. Ona tylko długo milczała, a potem zapytała rzeczowo, jak na pierwszym spotkaniu z klientem: „Od kiedy o tym myślisz? I co dokładnie Cię w tym kręci?” Rozmawialiście do świtu. Teraz siedzisz w tym samym mieszkaniu, a ona wróciła z czegoś, co wtedy było tylko słowami.
„Ma na imię Adam” zaczyna. „Czterdzieści lat, architekt, ręce, które coś w życiu zrobiły. Spotkaliśmy się w tym barze na Mokotowskiej, który Ci kiedyś pokazywałam. Przyszedł punktualnie. Lubię punktualnych.” Robi pauzę i obserwuje Twoją twarz. „Przez pierwszą godzinę rozmawialiśmy o pracy. Wiesz, o czym myślałam przez tę godzinę? O Tobie. O tym, że siedzisz tu sam i zastanawiasz się, czy już mnie dotknął.”
„Dotknął?” wyrywa Ci się, zanim zdążysz ugryźć się w język. Dominika unosi brew. „Pytania zadaję ja. Ale skoro już jesteś taki ciekawy: tak. Najpierw dłoń, na barze, kiedy podawał mi kartę. Potem kolano. Ma ciepłe ręce, zupełnie inne niż Twoje.” Mówi to łagodnie, niemal czule, i właśnie ta łagodność trafia Cię najmocniej. Czujesz zazdrość jak ostry, gorący drut, a zaraz za nią coś, czego wstydziłeś się przez lata, zanim się jej przyznałeś: podniecenie tak silne, że trudno usiedzieć.
„Widzę, co się z Tobą dzieje” mówi cicho. „Nie udawaj, że nie. Właśnie dlatego to robimy, prawda?” Kiwasz głową. „Powiedz.” Głos łamie Ci się w połowie zdania, ale mówisz: że to Cię kręci, że myślałeś o tym cały wieczór, że nienawidzisz i uwielbiasz to jednocześnie. Dominika słucha uważnie, bez cienia kpiny. „Dziękuję. Szczerość to też posłuszeństwo.”
Opowiada dalej, wolno, z tą swoją adwokacką precyzją, która nie pomija żadnego szczegółu. Jak Adam zapytał, czy może ją pocałować, i jak odpowiedziała, że może, ale dopiero na ulicy, bo chce, żeby czekał. Jak pocałunek pod latarnią był pewny, nieśpieszny, i jak oparła się o mur kamienicy, czując jego dłoń na plecach, nisko, tuż nad pośladkami. „Pomyślałam wtedy, że mogłabym wrócić do domu i powiedzieć Ci tylko tyle. I że to by Ci nie wystarczyło.”
„Nie wystarczyłoby” przyznajesz. „Wiem” odpowiada. „Dlatego pojechałam do niego.” Zapada cisza. Słyszysz własny oddech, za głośny w pustym mieszkaniu. Dominika rozpina powoli zegarek i odkłada go na stolik, jakby nagle przeszkadzał jej w opowiadaniu. Na nadgarstku widzisz bladoczerwony ślad, jakby ktoś mocno go trzymał.
„Mieszka na Saskiej Kępie. Duże okna, mało mebli, płyty winylowe na podłodze. Zapytał, czy na pewno tego chcę. Drugi raz zapytał w sypialni. Podobało mi się to” mówi i patrzy Ci prosto w oczy. „Mężczyzna, który pyta, a potem nie waha się ani sekundy.” Jej palce przesuwają się po brzegu sukienki, odsłaniając kawałek uda. „Rozbierał mnie powoli, jakby miał na to całą noc. Całował mnie po szyi, po ramionach, niżej. Kazałam mu nie zostawiać śladów tam, gdzie zobaczą je ludzie. Tam, gdzie zobaczysz je tylko Ty, mógł.”
Twoje dłonie zaciskają się na udach tak mocno, że bieleją Ci knykcie. Dominika zauważa to od razu. „Ręce zostają tam, gdzie są” przypomina miękko. „Jeszcze nie skończyłam.” Opowiada, jak położył ją na łóżku i jak długo pieścił ją ustami, zanim pozwoliła mu na więcej. Jak przy pierwszym ruchu jego bioder pomyślała o Tobie siedzącym w tym fotelu i jak ta myśl sprawiła, że doszła szybciej, niż się spodziewała. „To było dla Ciebie” mówi. „Chcę, żebyś to wiedział.”
Nie potrafisz już odróżnić, co w Tobie jest bólem, a co rozkoszą. Wiesz tylko, że ona patrzy na Ciebie tak, jak nie patrzyła od miesięcy: uważnie, głodno, z pełną świadomością tego, co z Tobą robi. „Czy chcesz powiedzieć Sopot?” pyta nagle, poważnie, bez cienia gry w głosie. To jest pytanie, które zawsze pada. Zastanawiasz się uczciwie, bo tego od Ciebie wymaga. „Nie” odpowiadasz. „Chcę słuchać dalej.”
Dominika wstaje i podchodzi do Ciebie. Staje tak blisko, że jej kolana dotykają Twoich. Z tej odległości zapach cudzej wody kolońskiej na jej skórze jest wyraźny, prawie bezczelny. Pochyla się, kładzie dłonie na oparciach fotela i zamyka Cię między ramionami. „Drugi raz było mocniej” szepcze Ci do ucha. „Od tyłu, przy oknie. Widziałam światła mostu i myślałam, czy już śpisz. Wiedziałam, że nie.”
„Nie spałem” mówisz ochryple. „Wiem” odpowiada i kładzie palec na Twoich ustach. „Cicho. Teraz pokażę Ci, gdzie są ślady, na które mu pozwoliłam.” Prostuje się i powoli rozwiązuje pasek sukienki. Materiał rozchyla się, a Ty widzisz na jej piersi, tuż nad krawędzią koronki, ciemny, świeży znak po pocałunku. Drugi jest niżej, na wewnętrznej stronie uda, i Dominika odsłania go z namaszczeniem, jakby wręczała Ci dowód w sprawie.
„Policz je” mówi. „Głośno.” Liczysz. Trzy. Przy każdym słowie czujesz, jak napięcie w Twoim ciele rośnie, aż staje się niemal bolesne. Dominika obserwuje Cię z góry, z jedną dłonią na biodrze, z tym swoim spokojem, który zawsze sprawiał, że świadkowie mówili więcej, niż chcieli. „Bardzo dobrze. A teraz powiedz mi, co czujesz. Bez upiększania.”
Mówisz jej wszystko. Że jesteś zazdrosny jak nigdy w życiu. Że jesteś z niej dumny tak, że aż ściska Cię w gardle. Że chcesz ją dotknąć tak bardzo, że trzęsą Ci się ręce, i że jednocześnie nie chcesz, żeby ta chwila się skończyła. Dominika słucha, a jej twarz łagodnieje. Przesuwa dłonią po Twoich włosach, powoli, prawie czule. „Właśnie za to Cię kocham” mówi. „Za to, że umiesz to powiedzieć.”
Potem jej palce zaciskają się lekko na Twoich włosach i odchylają Ci głowę do tyłu, tak żebyś musiał patrzeć jej w oczy. „Zasłużyłeś na nagrodę” mówi. „Ale to ja zdecyduję, jaką.” Siada Ci na kolanach okrakiem, wciąż w rozpiętej sukience, i czujesz przez materiał spodni jej ciepło. Jej usta są tuż przy Twoich, ale nie całuje Cię. Czeka.
„Możesz wybrać” szepcze. „Mogę Ci pozwolić, żebyś mnie teraz wziął, tu, w tym fotelu, i sprawdził, czy wciąż czujesz na mnie jego. Mogę kazać Ci klęknąć i pokazać, czego się dziś nauczyłam. Albo mogę wstać, iść pod prysznic i zostawić Cię tu z tym wszystkim do rana.” Jej biodra poruszają się raz, powoli, dokładnie tak, żebyś stracił resztę panowania nad oddechem. „Masz dziesięć sekund. Potem wybiorę za Ciebie.”
Patrzysz na nią, na ślady na jej skórze, na jej oczy, w których widzisz rozbawienie, czułość i władzę jednocześnie. Zaczyna liczyć szeptem, powoli, od dziesięciu. Przy siódemce jej dłoń zsuwa się po Twojej piersi w dół. Przy piątce zatrzymuje się na pasku. Przy trójce czujesz, że już wiesz, co powiesz.


