Pukanie do drzwi było tak ciche, że w pierwszej chwili pomyślałeś, że to ktoś z pokoju obok. Była prawie jedenasta, siedziałeś na łóżku z laptopem i poprawiałeś slajdy na jutro, w samej koszulce i spodniach od dresu. Kiedy otworzyłeś, na korytarzu stała Magda, w długim beżowym płaszczu zapiętym pod szyję, z rudymi włosami rozpuszczonymi na ramiona i z policzkami tak czerwonymi, jakby biegła po schodach z parteru.
Poznaliście się dzień wcześniej, na kolacji po konferencji, przy okrągłym stole dla dziesięciu osób, z których nikt nie znał nikogo. Siedziała obok ciebie i przez cały wieczór śmiała się z twoich żartów, a przy deserze powiedziała ci szeptem o mężu, o ich rozmowach i o tym, że on chce, żeby spróbowała. Niczego nie zaproponowałeś. Powiedziałeś tylko, w którym pokoju mieszkasz, gdyby chciała pogadać. Teraz stała pod tymi drzwiami.
„Cześć”, powiedziała. „Przepraszam, że tak późno. Mogę wejść? Nie musisz się zgadzać. Mogę też wrócić do siebie, to tylko dwa piętra niżej, naprawdę żaden problem”. Mówiła szybko, za szybko, i ściskała w dłoni coś białego, złożonego na czworo. Odsunąłeś się od drzwi i powiedziałeś, żeby weszła. Przeszła obok ciebie tak ostrożnie, jakby pokój był pełen szkła.
Stanęła na środku i rozejrzała się, jakby szukała miejsca, gdzie wypada usiąść. Na łóżku leżał twój laptop, na krześle marynarka, na biurku czajnik i dwa kubki. W końcu usiadła na samym brzegu fotela, nie zdejmując płaszcza, i położyła kartkę na kolanach. „Jestem bardziej zdenerwowana, niż chciałabym przyznać”, powiedziała. „Właściwie to jestem przerażona. Ale nie chcę wychodzić”.
Zapytałeś, czy chce herbaty. Spojrzała na ciebie, jakbyś zaproponował jej coś zupełnie absurdalnego, a potem roześmiała się, pierwszy raz od wejścia, i powiedziała, że tak, bardzo chętnie, z cytryną, jeśli masz. Nie miałeś cytryny. Miałeś dwie torebki zielonej herbaty z hotelowego zestawu i czajnik, który szumiał tak głośno, że przez dwie minuty nie musieliście nic mówić. To jej chyba pomogło.
Kiedy podałeś jej kubek, rozpięła wreszcie płaszcz. Pod spodem miała czarną sukienkę na ramiączkach, prostą i krótszą niż wszystko, w czym widziałeś ją na konferencji. Zauważyła twoje spojrzenie i spuściła wzrok. „Kupiłam ją wczoraj, po kolacji, w galerii obok hotelu”, przyznała. „Wysłałam mu zdjęcie z przymierzalni. Odpisał, że jeśli jej nie włożę, to przyjedzie i sam mi ją włoży”. Zaśmiała się nerwowo i oparzyła się herbatą.
Usiadłeś na podłodze naprzeciwko niej, plecami do łóżka, żeby nie górować nad nią i żeby miała do drzwi bliżej niż ty. Zapytałeś, co to za kartka. Magda spojrzała na nią, jakby zapomniała, że ją trzyma, i podała ci ją bez słowa. Na papierze z logo hotelu, dwoma różnymi charakterami pisma, ktoś wypisał numerowaną listę. „Napisaliśmy ją razem”, powiedziała. „Przez telefon. Ja pisałam, on dyktował, a potem odwrotnie”.
Przeczytałeś na głos. Punkt pierwszy: prezerwatywa, zawsze. Punkt drugi: całowanie tak, ślady na szyi nie, bo w poniedziałek ma ważne spotkanie. Punkt trzeci: „stop” znaczy stop, bez tłumaczenia się. Punkt czwarty: napisać do niego jedno słowo, kiedy będzie po wszystkim, żeby wiedział, że jest bezpieczna. Punkt piąty: nie zostawać do rana. Punktu szóstego nie zobaczyłeś, bo w ostatniej chwili wyciągnęła rękę i przytrzymała róg kartki kciukiem.
„Szósty jest na później”, powiedziała szybko. „Jeśli w ogóle do tego dojdzie”. Odpowiedziałeś, że wszystkie pięć brzmi rozsądnie i że możesz dopisać siódmy od siebie: jeśli w którymś momencie będzie chciała po prostu dopić herbatę i wrócić do swojego pokoju, to też jest w porządku i nikt nie będzie się na nią gniewał. Magda patrzyła na ciebie przez dłuższą chwilę, a potem jej ramiona opadły, jakby ktoś zdjął z nich ciężki plecak.
„Wiesz, co jest najgłupsze?”, zapytała. „Że my o tym rozmawiamy od roku. W łóżku, po ciemku. On mi opowiada, jak by to było, a ja słucham i udaję, że mnie to śmieszy, a potem nie mogę zasnąć. Wymyślałam sobie kogoś takiego jak ty setki razy. I zawsze w tych fantazjach byłam odważna i pewna siebie. A teraz siedzę w płaszczu i parzę sobie język”.
Odstawiłeś kubek na dywan i wyciągnąłeś do niej rękę, wnętrzem dłoni do góry. Powiedziałeś, że nie musi być odważna. Że wystarczy, jeśli położy na niej swoją dłoń i przez minutę nic więcej się nie wydarzy. Magda zawahała się, a potem zsunęła się z fotela na podłogę, usiadła naprzeciwko ciebie, kolanami prawie dotykając twoich, i położyła swoją dłoń na twojej. Była zimna i lekko drżała.
Siedzieliście tak w ciszy. Słyszałeś szum klimatyzacji, odległy dźwięk windy i jej oddech, który powoli się uspokajał. Gładziłeś kciukiem wierzch jej dłoni, obrączkę, kostki, nadgarstek z cienką żyłką pulsującą pod skórą. Po minucie, która trwała chyba pięć, Magda splotła palce z twoimi i podniosła wzrok. Strachu było w nim już mniej. Było coś innego.
Zapytała cię cicho, czy ty też się denerwujesz. Przyznałeś, że trochę, i to była prawda. Roześmiała się z ulgą, jakby właśnie usłyszała najlepszą wiadomość wieczoru, i powiedziała, że w takim razie są kwita.
„Pocałujesz mnie?”, zapytała. „Tylko powoli. Jakbym robiła to pierwszy raz”. Pochyliłeś się do niej, a ona zamknęła oczy, zanim twoje usta dotknęły jej ust. Pocałunek był delikatny, prawie niewinny, i przez chwilę czułeś, że ona wstrzymuje oddech. Potem wypuściła powietrze, przysunęła się bliżej, jej wolna dłoń wylądowała na twoim karku, a pocałunek przestał być niewinny.
Całowaliście się na podłodze hotelowego pokoju, między fotelem a łóżkiem, jak dwoje ludzi, którzy nie mają dokąd się spieszyć. Magda uczyła się ciebie powoli: twoich ust, twojego zapachu, tego, jak reagujesz, kiedy przygryza ci wargę. Za każdym razem, kiedy robiła coś odważniejszego, odsuwała się na sekundę i patrzyła ci w oczy, jakby sprawdzała, czy wolno. Za każdym razem mówiłeś jej bez słów, że wolno.
„Dobrze mi”, szepnęła w końcu, z czołem opartym o twoje, i zaśmiała się z niedowierzaniem. „Naprawdę mi dobrze. Myślałam, że będę się bała do końca”. Wstała, pociągnęła cię za sobą i stanęła tyłem do ciebie. „Rozepniesz mi suwak? Sama nie dosięgnę. To znaczy dosięgnę, ale nie chcę”. Jej głos drżał już tylko trochę, i to raczej z czegoś innego niż strach.
Rozpinałeś suwak powoli, ząbek po ząbku, odsłaniając jej plecy, pieg za piegiem, aż do linii czarnej koronki na biodrach. Pocałowałeś ją w kark, potem między łopatkami, i poczułeś, jak dostaje gęsiej skórki. Sukienka zsunęła się z jej ramion i opadła na podłogę. Magda nie odwróciła się od razu. Stała przez chwilę tyłem do ciebie, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, i oddychała głęboko.
Kiedy w końcu się odwróciła, miała ręce skrzyżowane na piersiach i rumieniec aż po obojczyki. „Daj mi sekundę”, poprosiła. „Nikt poza nim nie widział mnie tak od jedenastu lat”. Czekałeś. Nie dotykałeś jej, tylko patrzyłeś, i chyba właśnie to sprawiło, że powoli opuściła ręce. Stała przed tobą w samej bieliźnie, zawstydzona i dumna jednocześnie, i była tak piękna, że zabrakło ci słów.
Powiedziałeś jej to, kiedy już je znalazłeś. Uśmiechnęła się i podeszła bliżej, i tym razem to ona zaczęła cię rozbierać: koszulka przez głowę, potem jej palce na gumce twoich spodni, niepewne tylko przez moment. Kiedy zobaczyła, jak bardzo jej pragniesz, przygryzła wargę i spojrzała ci w oczy z ciekawością silniejszą niż jakikolwiek wstyd.
Położyliście się na łóżku, obok laptopa, który zsunąłeś na podłogę jednym ruchem. Magda leżała na boku, przodem do ciebie, i przesuwała palcami po twojej klatce piersiowej, coraz niżej. Twoje dłonie poznawały jej ciało: miękką skórę brzucha, łuk biodra, koronkę, pod którą była gorąca. Kiedy dotknąłeś jej przez materiał, westchnęła i schowała twarz w twojej szyi.
Wtedy przypomniałeś sobie o kartce. Leżała na dywanie, obok kubka z zimną już herbatą, złożona tak, że widać było tylko pierwsze punkty. Zapytałeś ją, co jest w szóstym. Magda podniosła głowę i spojrzała na ciebie z miną, jakiej jeszcze u niej nie widziałeś: przekorną, rozbawioną i bardzo podnieconą. „Chcesz wiedzieć teraz?”, zapytała. „Bo jak ci powiem, to już nie będzie odwrotu”.
Skinąłeś głową. Magda przysunęła usta do twojego ucha, a jej dłoń zamknęła się na tobie tak pewnie, jakby nigdy w życiu nie była zdenerwowana. „Punkt szósty dopisał on”, szepnęła. „Jeśli będzie mi naprawdę dobrze, mam do niego zadzwonić. Nie po wszystkim. W trakcie”. Odsunęła się o centymetr i patrzyła na ciebie, czekając, co odpowiesz, a jej telefon leżał na szafce nocnej, na wyciągnięcie ręki.


