Dostałeś od Kasi tylko adres i godzinę, nic więcej, jakby reszta miała wyjaśnić się sama dopiero na miejscu. Winda w starej kamienicy sunęła wolno, skrzypiąc przy każdym piętrze, a na klatce pachniało kawą, ciepłym pieczywem i wilgocią po deszczu. Stanąłeś pod właściwymi drzwiami, poprawiłeś koszulę i przez moment słyszałeś cichy śmiech po drugiej stronie. Zapukałeś dwa razy, czując chłód klamki w dłoni i wyraźne, przyjemne napięcie w piersi. Nie wiedziałeś jeszcze, kogo zastaniesz, ale ufałeś temu, że Kasia nie zaprasza na próżno.
Drzwi otworzyła Kasia bosa, w miękkiej sukience koloru mlecznej kawy, z włosami spiętymi byle jak i uśmiechem, który znasz z klatki schodowej. Nie udawała tajemniczej gospodyni wielkiego planu, tylko dziewczynę, która cieszy się, że przyszedłeś punktualnie. „Jesteś, super” powiedziała zwyczajnie i odsunęła się, robiąc ci miejsce. Ciepło mieszkania otuliło cię od razu, razem z zapachem kawy, malin i jej skóry. Spojrzała na twoje buty, zaśmiała się cicho i kiwnęła głową w stronę przedpokoju.
Zdjąłeś buty, a deski pod stopami były ciepłe od stojącego gdzieś grzejnika. W salonie lampa dawała miękkie światło, na stole stały dwie pełne filiżanki i jedna pusta, obok lniana serwetka i miska z malinami. Kasia zamknęła drzwi na zamek, ale bez teatralnego gestu, jakby po prostu nie chciała, żeby ktoś z klatki przeszkadzał. „Siadaj, kawa jeszcze nie wystygła” rzuciła i poprawiła ramiączko sukienki. Jej głos brzmiał tak, jakbyście mieli pogadać o dniu, a nie o czymś, co już wisiało w powietrzu.
Z kuchni wyszła druga kobieta, wysoka, z krótkimi ciemnymi włosami, spokojnym uśmiechem i bosymi stopami na chłodnej posadzce. Kasia położyła dłoń na twoim ramieniu, lekko, jak przy powitaniu znajomych. „To Marta, moja przyjaciółka, ma dwadzieścia siedem lat i wie, że tu będziesz” powiedziała wprost. „Jeśli wolisz samą kawę i mnie, też jest okej. Nic nie jest ustalone za twoimi plecami.” Marta uniosła filiżankę i skinęła głową, nie przyspieszając ani na moment.
Usiadłeś na sofie, a Kasia zajęła miejsce tuż obok, blisko kolanem, ale jeszcze bez nacisku. Marta usiadła w fotelu naprzeciwko, założyła nogę na nogę i patrzyła na was z ciekawością, nie z pośpiechem. „To ja wymyśliłam ten wieczór” przyznała Kasia, podając ci gorącą filiżankę. „Chciałam, żebyś przyszedł, zobaczył nas obie i sam powiedział, czy ta atmosfera ci pasuje. Żadnych sztuczek, tylko rozmowa i to, na co naprawdę mamy ochotę.” Poczułeś, że mówi tak samo prosto, jak wtedy, gdy pyta cię o zwykły dzień.
Kawa była gorzka, dobra i pachniała ciemno, a maliny zostawiały na palcach słodki sok. Opowiedziałeś krótko, jak minął ci dzień, a Kasia dopytywała o szczegóły, śmiejąc się w miejscach, w których naprawdę było śmiesznie. Marta dorzuciła, że pracuje w księgarni przy rynku i lubi wieczory, w których nikt nie udaje kogoś ważniejszego, niż jest. Śmiech Kasi rozluźnił ci ramiona, zanim ktokolwiek zdążył cię dotknąć inaczej niż przez przypadek. W oknie odbijała się lampa, a za szybą przejechał tramwaj, głuchy i daleki.
„Powiedz szczerze, bez owinięcia” odezwała się Kasia i spojrzała ci w oczy. „Chcesz zostać z nami dwiema, czy wolisz, żebym odprowadziła Martę do drzwi i została tylko ja?” W jej głosie nie było próby ani ukrytej urazy. Czekała, bawiąc się rąbkiem sukienki, a palce miała ciepłe od filiżanki. Poczułeś, że od twojej odpowiedzi zależy rytm całego mieszkania, i że masz czas, żeby wybrać naprawdę. Marta nie odwracała wzroku, ale też nie popędzała cię nawet spojrzeniem.
Odpowiedziałeś, że zostajesz z wami obiema, i zobaczyłeś, jak Kasia wypuszcza powietrze, którego wcześniej nie zauważyłeś. Marta uśmiechnęła się szerzej, odstawiła fotel bliżej sofy i usiadła na brzegu, tak że wasze kolana prawie się spotkały. „To lubię” mruknęła Kasia. „Jak ktoś mówi wprost, zamiast zgadywać przez pół nocy.” Jej kolano musnęło twoje, lekko, jak pytanie, nie jak polecenie. Zostawiła je tam i czekała, aż sam przysuniesz się o centymetr.
Rozmowa zeszła niżej, na to, co lubicie, czego nie chcecie i gdzie każde z was stawia granicę. Kasia mówiła prosto, bez wstydliwych omówień, a jednak miękko, jak przy kuchennym stole. Marta dodała, że lubi patrzeć, zanim sama wejdzie bliżej, i że wystarczy jedno zwykłe słowo, żeby zwolnić albo przestać. Kiwnąłeś głową, czując, jak napięcie przestaje siedzieć tylko w głowie i schodzi w brzuch, uda, dłonie. Kasia dotknęła twojego nadgarstka i zapytała jeszcze raz, czy na pewno tego chcesz. Potwierdziłeś, patrząc na obie, a nie w podłogę.
Kasia odstawiła filiżankę i pochyliła się tak, że poczułeś jej oddech przy uchu, ciepły i pachnący maliną. „Mogę cię pocałować?” zapytała cicho, zwyczajnie, jakby pytała, czy dolać kawy. Kiedy zgodziłeś się, jej usta były miękkie, pewne i trochę słodkie. Pocałunek nie trwał długo, ale zostawił ci w piersi ciężar, od którego trudno było odzyskać równy oddech. Marta patrzyła bez wstydu, a kiedy Kasia się odsunęła, na jej wargach został połysk. „Ładnie wam” powiedziała Marta, a w tym słowie nie było zazdrości.
Kasia spojrzała na przyjaciółkę i przechyliła głowę, wciąż trzymając dłoń na twoim kolanie. „A ty, Marta, chcesz bliżej, czy jeszcze patrzysz?” Tamta wstała bez pośpiechu, obeszła stolik i usiadła po twojej drugiej stronie. Materiał jej bluzki musnął twoje ramię, a perfumy były drzewne, inne niż kwiatowy zapach Kasi. „Jeśli ci to pasuje, zostanę tutaj” powiedziała Marta prosto do ciebie. Zgodziłeś się, a obie kobiety wymieniły spojrzenie, w którym było porozumienie, nie wyścig. Sofa ugięła się pod nowym ciężarem i przyciągnęła was bliżej.
Dłonie Kasi wędrowały po twojej koszuli powoli, guzik po guziku, jakby przy każdym sprawdzała, czy nadal chcesz. Marta oparła palce na twoim karku i rysowała leniwe kółka, od których ciarki schodziły wzdłuż kręgosłupa aż do ud. W mieszkaniu było cicho, słychać było tylko oddechy, tykanie zegara w kuchni i daleki tramwaj za oknem. Kasia zaśmiała się cicho, kiedy twoje ciało odpowiedziało szybciej niż kolejne zdanie. „No proszę” szepnęła. „A mówiłam, że zwykła kawa czasem nie wystarcza.”
„Rozepnij mi sukienkę, jeśli masz ochotę” szepnęła Kasia, odwracając się bokiem i odgarniając włosy z karku. Zamek szedł gładko pod twoimi palcami, a pod spodem była ciepła skóra i cienkie ramiączko, które drżało razem z jej oddechem. Marta pomogła zsunąć materiał z ramienia, patrząc najpierw na Kasię, potem na ciebie, i zapytała, czy może. Skinąłeś, a sukienka opadła do talii, odsłaniając piersi Kasi, które unosiły się szybciej niż przed chwilą. Pochyliłeś głowę i poczułeś na ustach sól, ciepło i przyspieszony puls tuż pod skórą.
Pocałowałeś Kasię w obojczyk, a ona westchnęła tak blisko twojego ucha, że dreszcz przeszedł ci po całym boku. Marta przysunęła się i pocałowała ją w usta, krótko, pewnie, a potem spojrzała na ciebie, jakby oddawała ci miejsce bez zawstydzenia. „Nie musimy się spieszyć” powiedziała Kasia, choć głos jej się łamał na ostatnim słowie. Twoja dłoń leżała na jej biodrze, a druga splatała się z palcami Marty, ciepłymi i trochę wilgotnymi. W tym splocie było pytanie, odpowiedź i obietnica, że nikt nie zostanie z boku, jeśli sam tego nie zechce.
Marta zdjęła bluzkę sama, bez proszenia o aplauz, i została w prostych czarnych majtkach oraz niczym więcej. Jej skóra była jaśniejsza przy lampie, a na ramieniu miała pieprzyk, który Kasia musnęła kciukiem z wyraźną czułością. „Ładna, co?” rzuciła Kasia z uśmiechem, który nie był złośliwy ani popisowy. „Ale dziś nie chodzi o pokaz dla ciebie. Chodzi o to, żeby każdemu z nas było dobrze i żebyś mówił, gdy coś przestanie pasować.” Marta pochyliła się i pocałowała cię w kącik ust, pytając tym gestem o zgodę, którą dałeś od razu.
Rozebrałeś się do bielizny, a ich spojrzenia były uważne, głodne i nadal pytające, nie biorące niczego za pewnik. Kasia uklękła na sofie między tobą a Martą, oparła dłonie na twoich udach i przez chwilę tylko oddychała, jakby sama też zbierała odwagę. „Mogę cię dotknąć niżej?” zapytała, a w jej oczach było tyle zwykłej śmiałości, że aż zakręciło ci się w głowie. Odpowiedziałeś tak, krótko i wyraźnie, a jej palce wsunęły się pod gumkę, ciepłe, pewne i powolne. Poczułeś, jak materiał schodzi niżej, a chłodniejsze powietrze spotyka się z gorącą skórą.
Jęknąłeś cicho, kiedy objęła cię dłonią i poruszyła się wolno, bez pośpiechu, patrząc ci w twarz, a nie tylko w dół. Marta pocałowała cię w szyję, a drugą ręką gładziła pierś Kasi, muskając sutek tak lekko, że tamta westchnęła w twoje ramię. Zapach kawy mieszał się teraz z zapachem skóry, perfum i wyraźnego podniecenia. Sofa skrzypnęła, kiedy przesunąłeś się bliżej nich obu i położyłeś dłoń na talii Marty. Kasia przygryzła wargę, uśmiechnęła się tym swoim zwykłym uśmiechem i nie przyspieszyła ani odrobinę.
Kasia polizała wargi, spojrzała w dół, a potem znowu na ciebie, jakby chciała, żebyś słyszał każde słowo. „Chcę cię poczuć w ustach” powiedziała wprost, bez udawania zawstydzenia. „Ale najpierw niech Marta usiądzie tak, żebyś mógł jej dotykać. Zgoda, czy wolisz inną kolejność?” Marta już rozchylała uda, czekając na twoje słowo, a jej oddech był krótki i ciepły przy twoim uchu. Twoja dłoń zawisła tuż nad jej majtkami, ciepłymi i wilgotnymi pod cienkim materiałem. Czułeś bicie własnego serca w nadgarstku i w miejscu, które Kasia nadal obejmowała palcami.
W pokoju zrobiło się ciaśniej od pragnienia, od lampy, od trzech oddechów, które przestały być spokojne. Kasia klęczała między twoimi nogami, włosy opadały jej na twarz, a usta były o centymetr od twojego członka, pulsującego w jej dłoni. Marta oparła czoło o twoje ramię i szeptała, że chce twoich palców, powoli, głęboko, aż sama powie, że dość. Kasia uniosła wzrok, wesoły i poważny jednocześnie, i czekała, nie zamykając tej ostatniej odległości. Powietrze między jej ustami a twoją skórą było gorące, prawie namacalne.
„No i co, sąsiedzie?” szepnęła Kasia, a kącik ust drgnął jej w znajomym uśmiechu, jakbyście znów stali na klatce, tylko że już bez bezpiecznego dystansu. „Zostajesz w tym samym tempie, czy przejmujesz prowadzenie?” Jej oddech owiewał wrażliwą skórę, a palce Marty wplotły się w twoje i prowadziły je niżej, tuż nad wilgotnym materiałem. Kasia i Marta czekały na twój ruch, zgodne, rozgrzane i już daleko od zwykłej kawy. Napięcie stało tak wysoko, że jedno twoje zdanie mogło przeważyć cały wieczór, a nikt nie zrobił następnego kroku bez ciebie.



