Mieszkanie w końcu ucichło, kiedy ostatnie koleżanki zamknęły za sobą drzwi i na klatce zostało tylko echo ich śmiechu. Na stole stały kubki po herbacie, misa z okruchami i twoja świeca, która dopalała się cytrusowym, lekko gorzkim zapachem. Kasia stała przy oknie w twojej za dużej bluzie, boso, z włosami spiętymi byle jak, i bawiła się ściągaczem rękawa. Światło latarni kładło jej na twarzy jasną kreskę, a w pokoju było ciepło od lamp i od was. Spojrzała na ciebie zwyczajnie, wesoło, jakby ta noc mogła jeszcze potrwać bez żadnego planu.
„Zostałyśmy same, i dobrze, bo już mi się nie chciało uśmiechać do wszystkich naraz” powiedziała, a potem podeszła do kanapy i usiadła na samym brzegu. Materiał ugiął się pod nią z cichym westchnieniem, a ona zmarszczyła nos i poklepała siedzisko dłonią. „Jest ładna, serio, ale za krótka na moje nogi, a te poduszki są tak miękkie, że rano znajdziesz mnie na dywanie.” Przeciągnęła się, aż trzasnęło jej w barku, i spojrzała na ciebie spod rzęs z przekornym spokojem. „Nie proszę o pałac, proszę o miejsce, w którym da się wyprostować i nie udawać, że jest wygodnie.”
Poszłaś po koc, bo tak zwykle kończyły się jej wizyty, i położyłaś chłodny, lawendowy materiał na oparciu. Kasia złapała róg, przytuliła go do policzka i pokręciła głową, choć oczy jej się śmiały. „Jesteś słodka, ale koc nie wydłuży kanapy, a ja obudzę się z kostką na podłodze i będę narzekać aż do kawy.” Wstała i stanęła tak blisko, że poczułaś ciepło jej skóry przez bawełnę oraz zapach jej perfum zmieszany z twoją świecą. „Mogę spać u ciebie w łóżku, jak człowiek, i obiecuję, że nie kopię, chyba że przyśni mi się pogoń za autobusem?”
W kuchni nastawiłaś wodę, bo żadna z was nie chciała kończyć tej rozmowy w przedpokoju. Czajnik szumiał, za oknem przejechał rzadki samochód, a blaty wciąż pachniały cytryną po wieczornym sprzątaniu. Kasia usiadła na blacie, jak robiła to od miesięcy, i bujała bosą stopą w rytm melodii, którą nuciła pod nosem. „Było miło, tylko najbardziej lubię ten kawałek, kiedy wszyscy wychodzą i zostaje zwykła cisza, w której słychać, jak oddychasz.” Para z herbaty osiadła jej na rzęsach, kiedy podałaś kubek, a ona objęła go obiema dłońmi. „Smakuje jak u ciebie zawsze, trochę za mocno, czyli dokładnie tak, jak lubię po długim dniu.”
Zaniosłyście kubki do sypialni, bo kanapa nagle wydała się wam obu zbyt oficjalna na resztę nocy. Łóżko było pościelone niedbale, narzuta zsunięta, a poduszka wgnieciona od popołudniowej drzemki, którą prawie już zapomniałaś. Kasia postawiła herbatę na szafce i przesunęła dłonią po poszwie, sprawdzając palcami chłód materiału. „Ładnie tu pachnie, tym twoim olejkiem i czystym praniem, i jakoś spokojniej niż w całym mieszkaniu” powiedziała ciszej niż w kuchni. Usiadła na brzegu, spojrzała ci w oczy i dodała bez teatralności, że jeśli to dla ciebie za dużo, wraca na kanapę i nawet nie będzie marudzić.
Odpowiedziałaś, że łóżko jest duże i że nie chcesz, aby spała niewygodnie, a słowa wyszły spokojniej, niż biło ci serce. Kasia kiwnęła głową, jakby usłyszała i zgodę, i to coś, co zostało między zdaniami. „Dobra, czyli śpimy, tylko nie udawaj, że ci wszystko jedno, bo znam ten twój oddech, kiedy myślisz za dużo.” Zaśmiała się krótko, żeby zdjąć ciężar, i upiła herbaty, zostawiając na kubku ciepły ślad ust. „Ja też myślę od jakiegoś czasu, zwłaszcza kiedy siadamy na schodach i gadamy o byle czym, a potem twój głos zostaje mi w głowie do rana.”
Poszła do łazienki pierwsza i zostawiła uchylone drzwi, przez które padała na korytarz wąska smuga światła. Słyszałaś wodę, szelest bawełny i jej ciche syknięcie, kiedy pewnie zawadziła łokciem o suszarkę. Wróciła w spranej koszulce i krótkich spodenkach, z wilgotnymi końcówkami włosów, gołymi nogami i kroplą wody na obojczyku. „Pożyczyłam twoją piankę o brzoskwiniach i mam nadzieję, że nie prowadzisz ewidencji kosmetyków” powiedziała, unosząc brwi w udawanym strachu. Pachniała słodko i czysto, a kiedy minęła cię w drzwiach, jej ramię otarło się o twoje na dłużej, niż wymagało przejście.
W łazience umyłaś twarz chłodną wodą i przez chwilę patrzyłaś na własne odbicie, na cieplejsze niż zwykle policzki. Serce biło tak, jak przed rozmową, którą długo odkłada się na później, choć mieszka już pod skórą. Włożyłaś miękką koszulkę i bawełniane spodenki, nic wystudiowanego, tylko rzeczy, w których naprawdę sypiasz. Kiedy wróciłaś, Kasia leżała na wznak po swojej stronie, z jedną ręką pod głową, i patrzyła w sufit, jakby liczyła oddechy. „Wyglądasz, jakbyś chciała uciec po trzecią herbatę, więc chodź, zanim kanapa zacznie być o nas zazdrosna” powiedziała łagodnie, a lampa kładła miodowe światło na jej kolanach.
Wsunęłaś się pod kołdrę i materac ugiął się znajomo, zostawiając między wami miejsce ledwie na wyprostowaną dłoń. Kasia obróciła się na bok, podparła głowę ramieniem i patrzyła na ciebie tak zwyczajnie, jak przy porannej kawie na klatce. „Powiedz, jaki miałaś dzień, zanim wszystkie wpadły i zaczęły mówić naraz, bo lubię ten zwykły początek” poprosiła. Opowiedziałaś o pracy, o kolejce w sklepie i o tym, że chciałaś wieczoru bez planu, a ona słuchała naprawdę, kiwając głową. Jej kolano musnęło twoje raz, potem drugi, i zostało przy tobie na ułamek sekundy dłużej, niż wypadało między znajomymi.
„Wiesz, że na klatce zawsze mówisz, że idziesz tylko na chwilę, a potem siedzimy pół godziny i zapominamy o kluczach?” przypomniała, a w jej głosie była czułość bez wielkich słów. Zaśmiałaś się i przyznałaś, że przy niej czas robi się miękki, jak ta pościel pod plecami. Kasia przymknęła oczy, zadowolona, i jej oddech otarł się o twoje ramię, kiedy poprawiała poduszkę. „Dlatego nie chciałam dziś wracać do siebie, bo tam jest cicho w zły sposób, a tutaj cicho jest tak, że chce mi się zostać.” Palec, którym gładziła szew, zatrzymał się, jakby sama przestraszyła się własnej szczerości, i zaraz wrócił do ruchu.
Cisza, która potem przyszła, nie była pusta, bo słychać było lodówkę, odległy tramwaj i wasze oddechy układające się obok siebie. Kasia przesuwała palcem po szwie poszwy, tam i z powrotem, jakby zbierała zdanie z samego brzegu materiału. „Mogę być szczera, bez wielkiej przemowy i bez udawania, że to tylko żart o kanapie?” zapytała, a ty kiwnęłaś głową. „Nie chcę na niej spać, to prawda, ale jeszcze bardziej nie chcę leżeć obok i udawać, że nic we mnie nie skacze, kiedy jesteś tak blisko.” Jej głos był miękki, trochę zachrypnięty od śmiechu, i w tym zachrypnięciu nie było już żadnej tarczy.
Poczułaś, jak te słowa kładą się na skórze, ciepłe, konkretne i niemożliwe do zignorowania. Nie odsunęłaś się, a Kasia zobaczyła to od razu i jej ramiona opadły z cichą ulgą. „To mi wystarcza na tę sekundę, ale chcę usłyszeć słowo, nie tylko zobaczyć, że zostajesz” szepnęła. Zapytała, czy może przysunąć się bliżej, i poczekała, aż powiesz tak, wyraźnie, bez chowania się w uśmiechu. Przesunęła się dopiero wtedy, powoli, aż jej kolano znalazło miejsce przy twoim udzie, a czoło zatrzymało się o jeden oddech od twojego.
Ciepło jej ciała przeszło przez cienką bawełnę i zrobiło ci się ciaśniej w piersi, ostro i przyjemnie zarazem. Pachniała brzoskwinią, herbatą i sobą, czymś spokojnym, co znałaś z kuchni, ze schodów i z późnych wiadomości. Jej dłoń leżała na kołdrze między wami, otwarta, i zapytała, czy może dotknąć twojego przedramienia, zanim w ogóle je musnęła. Zgodziłaś się, a jej palce, chłodniejsze niż policzek, powędrowały wzdłuż ręki tak wolno, jakby uczyły się drogi na pamięć. „Masz gęsią skórkę i chcę wiedzieć, czy to przez mnie, czy przez to uchylone okno” powiedziała z uśmiechem, który aż prosił o szczerą odpowiedź.
Powiedziałaś, że przez nią, i Kasia uśmiechnęła się szerzej, tak jak wtedy, kiedy żart naprawdę jej się udaje. „To lubię słyszeć bardziej niż wszystkie komplementy z całego wieczoru” mruknęła i przesunęła dłoń wyżej, do ramienia. Kciuk zatrzymał się przy cienkim ramiączku koszulki i rysował małe koło, nic więcej, a twój oddech i tak zaczął się rwać. „Patrzę na twoje usta od dobrych dziesięciu minut i udaję, że patrzę na lampę, tylko coraz gorzej mi to wychodzi.” Jej oczy były ciemne w miodowym świetle, uważne, bez pośpiechu, i dodała szeptem, że chce cię pocałować, ale najpierw chce usłyszeć, że ty też tego chcesz.
Powiedziałaś jej imię, cicho, a potem powiedziałaś, że chcesz, i oba słowa były proste, gorące, bez ozdobników. Kasia otworzyła oczy szerzej, jakby ktoś zapalił w niej światło, i przez moment tylko oddychała przy twoich ustach. „Dobra, to jeszcze nie ruszam warg, bo chcę widzieć twoją twarz, kiedy wiesz, że zaraz to zrobię” odparła prawie bez tchu. Odsunęła ci włosy z policzka, a palce zawadziły o ucho i o linię szczęki, delikatnie, uważnie, jakby prosiły o jeszcze jedną zgodę. „Jesteś taka prawdziwa z bliska, żadnego udawania, i właśnie dlatego tak ciężko było mi dziś wstać i pójść do siebie.”
Kołdra zsunęła się wam do pasa, bo zrobiło się za ciepło, żeby udawać, że leżycie obok siebie tylko z wygody. Jej udo spoczywało przy twoim, skóra do skóry, gładka, gorąca, i każdy mały ruch materaca przybliżał was o milimetr. Kasia przesunęła nosem wzdłuż twojego policzka, nie całując, tylko znacząc drogę oddechem, który pachniał herbatą. „Mogę niżej, pod koszulkę, tylko na skórę talii, jeśli powiesz tak na głos?” zapytała, a dłoń zawisła przy twoim boku. Kiwnęłaś i dodałaś słowo, więc palce wsunęły się pod materiał na szerokość paznokcia i zatrzymały, drżące, na nagim cieple.
„Aż mi ręka drży, widzisz, i wcale nie chcę tego ukrywać” szepnęła, a w jej głosie był śmiech pomieszany z zachwytem. Przyciągnęłaś ją odrobinę bliżej, aż jej piersi oparły się o twoje przez dwie warstwy miękkiej bawełny. Kasia wydała cichy dźwięk, coś między śmiechem a westchnieniem, i na sekundę schowała twarz w twojej szyi. Jej usta poruszyły się przy skórze tak blisko, że poczułaś kształt słów, zanim jeszcze uniosła głowę i spojrzała ci w oczy. „Chcę zdjąć ci tę koszulkę i czuć cię bez niczego pomiędzy, ale stoję w miejscu, dopóki nie powiesz, jak mam to zrobić.”
Twoje serce biło tak głośno, że wydawało ci się, iż słychać je w poduszce i w jej dłoni. Kasia położyła otwartą rękę płasko na twoim brzuchu, pod koszulką, i nie ruszała jej wyżej ani niżej, tylko została. Kciukiem gładziła jeden mały odcinek skóry, powoli, jakby to miejsce miało wam wystarczyć na całą noc, gdybyś tak zdecydowała. „Czuję, jak oddychasz, czuję, że mnie chcesz, i właśnie dlatego pytam, bo chcę ciebie, nie tylko ciało” szepnęła ci przy uchu. W pokoju pachniało świecą, herbatą i rozgrzaną skórą, a miasto za zasłoną było dalekie i niepotrzebne.
Przysunęła usta do kącika twoich warg i zatrzymała się, nie domykając pocałunku, choć najmniejszy ruch skończyłby czekanie. „Jeszcze nie, bo chcę, żebyś powiedziała, jak mnie chcesz, a nie tylko dała się ponieść temu, jak blisko już jesteśmy” szepnęła. Czułaś napięcie w udach, w brzuchu i w palcach, które same zacisnęły się na jej nadgarstku. Kasia drgnęła od tego uścisku, zaśmiała się bezgłośnie i przyznała, że od twojej ręki robi jej się jeszcze cieplej. „Jestem tu cała, bez miny na pokaz, i nie ruszę się o milimetr, dopóki nie usłyszę ciebie.”
Dłoń na twoim brzuchu zaciążyła odrobiną obietnicy, bez pośpiechu i bez cofania. Drugą ręką splotła palce z twoimi i uniosła je do ust, ale tylko ogrzała kostki oddechem, nie całując, jakby nawet ten gest czekał na twoje słowo. „Słyszysz?” zapytała i przyłożyła wasze dłonie do swojej piersi, nad cienką koszulką, gdzie serce waliło szybko i szczerze. Biło tak mocno, że poczułaś je w środku własnej dłoni, razem z ciepłem skóry i z drżeniem, którego już nie żartem tłumaczyła. „Jeśli mnie puścisz, zostanę po swojej stronie, a jeśli nie puścisz, ta noc przestanie udawać, że jest tylko noclegiem.”
Kasia uniosła się na łokciu, tak że jej włosy opadły ci na policzek i załaskotały skórę przy uchu. Cień jej ciała położył się na twoim, ciepły, bliski, a jednak wciąż zatrzymany o ten jeden niewykonany ruch. „Nie będę zgadywać za ciebie, nawet jeśli aż mnie nosi, żeby zgadnąć dobrze” powiedziała i musnęła kciukiem twój podbródek, nie schodząc do ust. Słyszałaś własny oddech, szybszy, i czułaś, jak jej udo naciska twoje mocniej, kiedy balansuje nad tobą. „Wybierz, a ja zrobię dokładnie to, o co poprosisz, ani mniej, ani więcej, i będę na ciebie patrzeć przez całą drogę.”
Leżałaś w ciepłym świetle lampy, z jej czołem przy swoim i z jej ręką nieruchomą pod twoją koszulką. Każdy oddech Kasi muskał ci wargę i zostawiał wilgotny, słodki ślad, którego jeszcze nie nazwałaś pocałunkiem. Czułaś, jak napięcie zbiera się w całym ciele, ostre, słodkie, gotowe pęknąć od jednego twojego zdania. „No?” szepnęła, a w tym jednym słowie było wahanie, uśmiech i czysta, nieukrywana chęć. „Powiedz mi, co mam zrobić, bo czekam i bardzo chcę usłyszeć właśnie ciebie, zanim ruszę choćby o milimetr.”




