Piasek przy twoim ręczniku był jeszcze ciepły, choć słońce już zsuwało się za wydmy i zostawiało na wodzie wąską, pomarańczową smugę. Położyłaś torbę obok ostatniego wolnego leżaka, bo dalej plaża robiła się pusta, a wiatr niósł tylko sól i daleki śmiech z molo. Na sąsiednim leżaku leżała dziewczyna z wilgotnymi włosami, w prostym kostiumie, z książką odwróconą grzbietem do góry. Podniosła wzrok i uśmiechnęła się tak zwyczajnie, jakbyście minęły się rano przy windzie, a nie na końcu wakacyjnego dnia. „Cześć, jestem Kasia, ten leżak skrzypi jak stary prom, ale widok nadrabia wszystko.”
Usiadłaś, bo miejsce było naprawdę wolne, i od razu poczułaś, że jej głos nie udaje wakacyjnej lekkości. Kasia odłożyła książkę, poprawiła ramiączko i spojrzała na twoją torbę, jakby szukała pretekstu do zwykłej rozmowy. „Długo tu jesteś, czy dopiero przyjechałaś i jeszcze nie wiesz, który bar nalewa naprawdę zimną kawę?” Zapytała to z uśmiechem, bez pośpiechu, a palcami strzepnęła piasek z brzegu ręcznika. Odpowiedziałaś krótko, a ona kiwnęła głową, jakby ten jeden szczegół już wystarczył, żeby zostać.
Rozmowa poszła o upale, o zbyt słonym powietrzu i o tym, że w południe plaża była za głośna na czytanie. Kasia śmiała się cicho, gdy opowiedziałaś o kolejce po lody, która ruszała się wolniej niż przypływ. „Brzmisz jak ktoś, kto lubi mieć spokój, a i tak ląduje tam, gdzie wszyscy.” Jej oczy były jasne, uważne, i nie uciekały, kiedy mówiła. Poczułaś, że ta uwaga grzeje mocniej niż słońce schowane już za trawą na wydmie.
Gdy wiatr podniósł róg twojego ręcznika, Kasia przytrzymała go stopą i zaśmiała się z własnego odruchu. „O, już pomagam sąsiadce, to oficjalnie nie jesteśmy obcymi z plaży.” Zaproponowała krótką kawę przy budce pod molem, zanim zrobi się za ciemno na powrót po piasku. Nie nalegała, tylko czekała, bawiąc się uchwytem kubka termicznego, i dała ci czas na zwykłe tak albo nie. Zgodziłaś się, bo jej sposób mówienia był prosty, ciepły i bez tej teatralnej gry, której nie lubiłaś u obcych.
Szłaś brzegiem obok niej, gdzie woda obmywała kostki i zostawiała na skórze chłodną błonę soli. Kasia niosła sandały w ręce, a drugą co chwilę odgarniała włosy, które wiatr kładł jej na ustach. Opowiadała o swoim pokoju nad warsztatem rowerowym, o skrzypiących schodach i o tym, że rano budzi ją zapach kawy z dołu. „Nie jest to pałac, ale ma balkon wielkości deski i widok na latarnię, więc nie narzekam.” Słuchałaś jej i łapałaś się na tym, że patrzysz na linię jej ramienia dłużej, niż wypada przy pierwszej rozmowie.
Przy budce wzięłaś z nią dwie czarne kawy i usiadłaś na niskim murku, plecami do ciepłych desek. Kasia piła małymi łykami, krzywiła się żartobliwie i mówiła, że taka gorycz pasuje do końca dnia. Pytała, jak ci minął urlop do tej pory, czy lubisz wczesne spacery i czy wolisz morze rano, kiedy jest puste. Odpowiadałaś, a ona dorzucała swoje krótkie historie, raz o zgubionej książce, raz o barmanie, który zawsze myli zamówienia. Śmiech schodził miękko, bez potrzeby wypełniania każdej ciszy.
Po chwili Kasia odstawiła kubek i spojrzała na twoje kolano, potem wyżej, spokojnie, jakby sprawdzała, czy wolno jej mówić dalej. „Powiem wprost, bo nie umiem krążyć, od południa zerkałam na twój leżak i myślałam, że masz ładny, spokojny sposób bycia.” Nie udawała zawstydzenia, tylko lekko się uśmiechnęła i dodała, że jeśli to za dużo, może wrócić do gadania o pogodzie. Poczułaś przyspieszenie w piersi i ciepło na karku, które nie miało już nic wspólnego z dniem. Odpowiedziałaś, że nie jest za dużo, i zobaczyłaś, jak jej ramiona od razu opadają z ulgą.
„Dobrze, bo ja lubię wiedzieć, na czym stoję, a nie zgadywać po półuśmiechach.” Kasia przysunęła się odrobinę, tak że twoje uda prawie się dotknęły, i zapytała, czy może zostać przy tobie jeszcze wieczór. Mówiła cicho, zwyczajnie, jak przy kawie na klatce, tylko że tutaj sól zostawała na skórze, a latarnia już mrugała nad wodą. Kiwnęłaś głową, a potem powiedziałaś to głośniej, żeby nie było miejsca na domysł. Jej palce musnęły twoje, najpierw jak przypadek, potem już świadomie, i zostały.
Wróciłaś z nią wolno w stronę niskich domków, już bez książek i bez pośpiechu. Kasia co kilka kroków sprawdzała twoją twarz, jakby pilnowała, czy zgoda nadal jest tak wyraźna jak przy murku. „Jeśli chcesz, wejdziemy do mnie, jest mało miejsca, za to nikt nie będzie nam mówił, że plaża się zamyka.” Śmiałaś się z tego zdania, a ona śmiała się razem z tobą i otworzyła furtkę ramieniem. W środku pachniało deskami, kremem z filtrem i świeżo wypraną pościelą.
Pokój był naprawdę niewielki: łóżko pod oknem, stolik z dwoma kubkami i balkon, na który wychodziło się bokiem. Kasia zapaliła małą lampkę, zgasiła górne światło i zostawiła okno uchylone, żeby wchodził szum. „Usiądź, gdzie ci wygodnie, mogę zrobić jeszcze wodę z cytryną, albo po prostu usiądę obok i przestanę udawać, że interesuje mnie tylko kawa.” Usiadłaś na brzegu łóżka, a ona zajęła miejsce tuż przy tobie, kolanem do kolana. Czułaś ciepło jej skóry przez cienki materiał i słyszałaś, jak oddech zwalnia w tej krótkiej ciszy.
Kasia oparła dłoń na materacu za twoimi plecami, nie obejmując jeszcze, tylko zaznaczając bliskość. „Mogę cię dotknąć?” zapytała wprost, patrząc w oczy, i czekała na słowo, nie na przypadkowy ruch. Powiedziałaś, że tak, wyraźnie, i wtedy jej palce przeszły po twoim przedramieniu, wolno, jakby uczyła się drogi. Sól z plaży zgrzytnęła delikatnie pod opuszkiem, a skóra odpowiedziała gęsią skórką. „Jesteś ciepła i bardzo prawdziwa, bez tej pozy, której nie lubię.”
Pochyliła się, ale zatrzymała usta o oddech od twoich i jeszcze raz szepnęła pytanie, czy może pocałować. Odpowiedziałaś tak, a potem przyciągnęłaś ją sama, bo czekanie nagle zrobiło się za ciasne. Pocałunek był najpierw krótki, prawie nieśmiały, z jej cichym śmiechem w samym środku. Zaraz wróciła mocniej, cieplej, z dłonią na twojej szyi i smakiem kawy, który mieszał się z solą. Czułaś, jak jej język prosi o wejście, delikatnie, i wpuściłaś ją bez wahania.
Kasia całowała tak, jak rozmawiała, prosto, uważnie i bez popisywania się, jakby każdy ruch miał mieć twoje miejsce. Co chwilę odrywała usta, żeby zobaczyć twoją twarz, i pytała półgłosem, czy tak jest dobrze. Mówiłaś, że tak, czasem tylko skinięciem, czasem zdaniem, które gasło, gdy wracała do twojej dolnej wargi. Jej dłoń zeszła z szyi na obojczyk, potem na brzeg kostiumu, i znów stanęła w pół gestu. „Chcę więcej, ale tylko jeśli ty też tego chcesz, teraz, nie kiedyś, więc powiedz mi to wprost.”
Powiedziałaś, że chcesz, teraz i wprost, a ona pomogła ci zdjąć górę kostiumu, wolno, sprawdzając wzrokiem każdy twój oddech. Gdy materiał opadł, Kasia na moment tylko patrzyła, a potem uśmiechnęła się tym samym zwyczajnym uśmiechem co na plaży. „Jesteś piękna i nie mówię tego, żeby było ładnie, tylko bo aż mi zaschło w gardle.” Pocałowała cię między piersiami, potem niżej, zostawiając ciepły, wilgotny ślad, który stygnął dopiero pod jej następnym oddechem. Twoje dłonie weszły w jej włosy, jeszcze sztywne od soli, i przytrzymałaś ją właśnie tam, gdzie było najczulej.
Kasia zdjęła własny kostium bez pośpiechu, jakby nie chciała zgubić ani jednego twojego spojrzenia. Jej skóra była złota od dnia, z jaśniejszą linią tam, gdzie słońce nie dochodziło, i pachniała morzem. Usiadła na twoich udach, lekko, dając ci ciężar, ale nie przygniatając, i objęła twój kark obiema dłońmi. „Powiedz, jeśli mam zwolnić, albo jeśli mam zostać dokładnie tak, bo chcę trafić w to, co lubisz.” Pocałowała cię głębiej, a twoje biodra same podjechały do niej, szukając tarcia, które już nie było przypadkowe.
Jej piersi otarły się o twoje, miękko, a sutki stwardniały od samego dotyku i od chłodu idącego z uchylonego okna. Kasia westchnęła ci przy uchu, krótko, i zaśmiała się z tego westchnienia, jakby nie chciała udawać, że jest opanowana. Dłoń zsunęła się po twoim brzuchu, zatoczyła koło przy pępku i zatrzymała się na brzegu dołu kostiumu. „Mogę tu?” szepnęła, a kciuk już grzał tkaninę, nie wchodząc pod nią, tylko czekając na twoje słowo. Powiedziałaś, że może, wyraźnie i bez wahania, i usłyszałaś, jak jej oddech urywa się z zadowolenia.
Wsunęła palce pod materiał i znalazła cię ciepłą, wyraźnie mokrą, aż sama wydała cichy, zdziwiony dźwięk. „O, już, to mi się podoba, kiedy ciało mówi wcześniej niż zdanie.” Gładziła wolno, wzdłuż, nie wchodząc od razu, tylko zbierając wilgoć i rozprowadzając ją kciukiem po najczulszym miejscu. Twoje uda rozsunęły się same, a plecy wygięły nad pościelą, która pachniała słońcem i świeżym praniem. Kasia całowała cię w szyję i powtarzała twoje tak, jakby chciała je mieć na języku przez resztę nocy.
Potem poprosiła, żebyś i ty jej dotknęła, zwyczajnie, bez instrukcji z filmu i bez zgadywania. „Chcę twoją rękę na sobie, tak po prostu, jak lubisz, a ja powiem, jeśli coś nie gra.” Znalazłaś ją równie gotową, śliską i gorącą, i jej biodra od razu wyszły naprzeciw twoim palcom. Patrzyłaś na nią z bardzo bliska, czoło przy czole, a śmiech mieszał się ze westchnieniem. Każdy ruch był odpowiedzią, nie popis, i właśnie dlatego napięcie rosło szybciej niż cień lampki na ścianie.
Kasia jęknęła cicho, kiedy wsunęłaś w nią palec, i od razu złapała twoją drugą dłoń, żeby ją pocałować w środek. „Tak, właśnie tak, nie spiesz się, lubię czuć, że jesteś tu ze mną, nie obok.” Ruszała biodrami w twoim rytmie, a jej piersi unosiły się przy każdym głębszym oddechu. Drugą ręką nadal gładziła cię między udami, już śmielej, kciukiem krążąc tam, gdzie byłaś najbardziej czuła. Pokój wypełnił się wilgotnym dźwiękiem skóry i krótkimi, urwanymi zdaniami, które i tak mówiły wszystko.
Na moment położyła cię głębiej na poduszce i sama ułożyła się obok, z nogą przerzuconą przez twoje udo, żeby żadna nie straciła dotyku. Całowała pierś, potem sutek, językiem powoli, aż wygięłaś się pod nią i powiedziałaś jej imię. „Lubię, kiedy tak mówisz, mów więcej, chcę słyszeć, co ci się podoba.” Odpowiedziałaś bez owijania, że chcesz jej ust niżej, a ona aż zaśmiała się z radości w głos. Mimo to nie zeszła od razu, tylko patrzyła, jakby ten próg był dla niej ważniejszy niż sam pośpiech.
Kasia zsunęła twój dół kostiumu do kolan, potem niżej, i odłożyła go na krzesło, jakby nie chciała, żeby cokolwiek przeszkadzało. Uklękła między twoimi udami na brzegu łóżka, dłonie na twoich biodrach, usta jeszcze przy wewnętrznej stronie kolana. Całowała wyżej, wolno, sól i ciepło, aż doszła do miejsca, gdzie twoje ciało już drżało w oczekiwaniu. Zatrzymała się tam, oddech gorący na skórze, i podniosła wzrok, nie ruszając ust ani o milimetr. „Jeszcze sekunda, chcę usłyszeć, jak tego chcesz, zanim zrobię ten następny krok.”
W pokoju było tylko światło lampki, szum morza i jej ręce, które trzymały cię pewnie, ale czekały. Czułaś jej usta tak blisko, że najmniejszy ruch twoich bioder domknąłby dystans, a jednak Kasia nie ruszyła dalej bez słowa. „Możemy zostać przy rękach, mogę zejść niżej ustami, albo najpierw mnie zatrzymasz i powiesz, jak dokładnie mnie chcesz.” Jej głos był nadal lekki, trochę przekorny, a oczy bardzo poważne, wbite w twoje. Serce biło ci w gardle, w udach i wszędzie, gdzie jej oddech dotykał nagiej, wilgotnej skóry.



