Wjechałeś windą na puste piętro długo po tym, jak zgasły lampki przy większości biurek. Korytarz pachniał kawą zostawioną od rana i chłodnym powietrzem z klimatyzacji, a za szkłem miasta mrugały już reklamy. Twoje kroki brzmiały za głośno na wykładzinie, której kolor w tym świetle wydawał się ciemniejszy niż w dzień. Dominika napisała tylko trzy zdania: masz przyjść do jej gabinetu, sam, zanim wyjdziesz do domu. Nie powtórzyła godziny, bo wiedziała, że przyjdziesz, i miała rację.
Drzwi jej gabinetu były uchylone, a lampa nad biurkiem dawała ciepłe światło, którego nie używała przy innych. Wszedłeś i od razu poczułeś, że to nie jest zwykłe spotkanie po godzinach, tylko coś, co ona ustawiła z góry. Na blacie leżał jeden segregator, cienki czarny notatnik i twoja prezentacja na poniedziałek, wydrukowana z uwagami na marginesie. Dominika siedziała w fotelu, nogi skrzyżowane, marynarka rzucona na oparcie krzesła za nią. Nie wstała, kiedy przekroczyłeś próg, tylko uniosła wzrok i zmierzyła cię od butów po kołnierz.
Miała na sobie czarną bluzkę z delikatnym dekoltem i spódnicę, która kończyła się tuż nad kolanem, kiedy siedziała. Włosy spięła niedbale, ale żadna spinka nie wyglądała przypadkowo, a kolczyk cicho stuknął, gdy odwróciła głowę. Patrzyła na ciebie spokojnie, jakby od dawna wiedziała, w której sekundzie się pojawisz. W gabinecie pachniało jej perfumami, czymś drzewnym i czystym, mocniejszym niż w ciągu dnia. Zamknąłeś za sobą drzwi, zanim zdążyła o to poprosić, i dopiero wtedy uniosła brew.
„Dobrze.” powiedziała cicho, a głos miała niższy niż na zebraniach. „Usiądź naprzeciwko, nie przy oknie, tylko tu, gdzie dobrze cię widzę.” Wskazała krzesło po drugiej stronie biurka i poczekała, aż naprawdę usiądziesz, z dłońmi na udach. Nie spieszyła się z kolejnym zdaniem, tylko słuchała, jak oddychasz. Słyszałeś szum miasta, cichy trzask klimatyzacji i własny puls w skroniach. Skóra fotela pod palcami była chłodna, a tobie i tak robiło się coraz cieplej.
„W poniedziałek wchodzisz do rady z liczbami, których sam nie sprawdziłeś do końca.” mówiła, przesuwając palcem po wydruku. „Ta wersja w twojej teczce jest gładka, a moja jest prawdziwa i bez ozdobników.” Podniosła na ciebie wzrok i nie uśmiechnęła się nawet na chwilę. „Wezwałam cię, bo przez ten jeden wieczór to ja prowadzę rozmowę, choć na drzwiach wisi twoje nazwisko.” Czekała, aż ta kolejność ułoży ci się w głowie, i nie odwracała oczu.
Poczułeś, jak ciepło wchodzi ci w kark, choć w gabinecie było raczej chłodno od szyby. Papier pod jej dłonią szeleścił, kiedy przewracała stronę, a czerwony komentarz na marginesie wyglądał jak cięcie. Dominika nie podniosła głosu ani odrobinę. Właśnie dlatego każde słowo siadało ci głębiej niż krzyk na korytarzu. Czekała, aż przełkniesz to, co właśnie usłyszałeś, i nie dawała ci łatwej drogi ucieczki w żart. W ciszy słyszałeś nawet tarcie papieru o blat.
„Możesz wstać i wyjść, jeśli tego chcesz.” dodała po chwili, a ton miała równy. „Jeśli zostaniesz, zostajesz świadomie, nie dlatego że boisz się rady, tylko dlatego że chcesz usłyszeć, jak mówię do ciebie, kiedy nikt nie patrzy.” Oparła łokcie na blacie i pochyliła się odrobinę, a światło złapało jej obojczyk. „Powiedz to wprost: zostajesz ze mną w tym gabinecie?” Patrzyła tak, jakby od tej odpowiedzi zależał nie tylko ten wieczór, ale i sposób, w jaki zapamiętasz własny głos.
„Zostaję.” odpowiedziałeś, i własne słowo zabrzmiało ci w uszach głośniej niż powinno. Kiwnęła głową, jakby odhaczyła punkt, którego nie było na żadnej liście zadań. Potem wstała, obeszła biurko i stanęła obok twojego krzesła, na tyle blisko, że poczułeś ciepło jej uda przez materiał spodni. Nie dotknęła cię jeszcze, choć mogła, i właśnie to czekanie zacisnęło ci żołądek. Patrzyła z góry, spokojna, bardzo przytomna i całkowicie pewna tonu.
„Dobrze.” powtórzyła, tym razem bliżej twojego ucha, aż poczułeś jej oddech. „Zasady są proste: mówisz, kiedy czegoś chcesz, i mówisz, kiedy coś ma się zatrzymać.” „Ja prowadzę tempo, a ty nie przejmujesz go tylko dlatego, że na co dzień jesteś szefem.” Jej palce musnęły oparcie tuż przy twoim ramieniu, ale nie skórę, i ten brak dotyku był głośniejszy niż gest. „Jeśli to dla ciebie jasne, kiwnij, bo chcę widzieć, a nie zgadywać.”
Kiwnąłeś, a w gardle miałeś sucho, jak po długim milczeniu na zebraniu. Dominika uśmiechnęła się wtedy pierwszy raz, krótko i bez miękkości, raczej z zadowoleniem, że słuchasz. Rozpięła spinkę i pozwoliła, żeby pasmo włosów opadło jej na obojczyk, ciemne na tle bluzki. Zapach perfum stał się wyraźniejszy, zmieszany z ciepłem skóry i z lekką nutą herbaty. „Patrz na mnie, nie na drzwi, nie na zegarek i nie na ten wydruk.” powiedziała.
Spełniłeś to bez słowa i zobaczyłeś, jak powoli oddycha, jakby też mierzyła własną cierpliwość. Przesunęła wzrokiem po twojej koszuli, po krawacie, który zacisnąłeś rano za mocno, i po linii twojej szyi. „Poluzuj go sam, chcę widzieć twoje ręce i nie chcę, żebyś się śpieszył.” poleciła. Węzeł ustąpił pod palcami, a jedwab zsunął się niżej, chłodny na rozgrzanej skórze. Dominika obserwowała każdy ruch, jakby ten drobiazg był już odpowiedzią, której szukała.
„Lepiej.” szepnęła, i w tym jednym słowie było więcej pochwały niż w całym kwartale. Podeszła jeszcze o krok i stanęła między twoimi kolanami, ale nie usiadła, tylko położyła dłoń na własnym biodrze. „Cały kwartał patrzysz na moje usta, kiedy mówię na zebraniu, i udajesz, że sprawdzasz planszę, a dziś nie udajesz.” Jej głos został niski, prawie łagodny, a jednak nie zostawiał miejsca na wymijanie. „Powiedz, czego chcesz w tej chwili, jedno zdanie, uczciwe.”
„Chcę, żebyś została tak blisko, i chcę, żebyś decydowała, co dalej.” powiedziałeś, i słowa wyszły chropowato. Dominika przymknęła oczy na ułamek sekundy, jakby smakowała tę zgodę, zanim ją przyjmie. Potem otworzyła je i położyła dwa palce pod twoją brodą, lekko, żebyś uniósł twarz. „To już jest lepiej niż cała twoja prezentacja na poniedziałek.” mruknęła. „Jeszcze raz pytam wprost i chcę słowo, nie skinienie: chcesz, żebym cię dotykała?”
„Tak, chcę.” odpowiedziałeś od razu, bez wahania, które mogłaby wziąć za grzeczność. Jej dłoń zsunęła się z brody na bok szyi, tam gdzie tętno zdradzało więcej niż głos. Kciukiem przesunęła po linii szczęki, wolno, jakby sprawdzała, czy naprawdę oddajesz jej ten moment. Poczułeś, jak skóra odpowiada szybciej niż myśl, gorącem pod jej palcami. „Dobrze, zostaw ręce na udach, dopóki nie powiem inaczej, i oddychaj.”
Pochyliła się i musnęła ustami kącik twoich ust, za krótko, żebyś mógł to nazwać pocałunkiem. Oddech miała ciepły, a wargi miękkie, i właśnie przez tę oszczędność zakręciło ci się w głowie. Kiedy uniosłeś się odruchowo, położyła dłoń na twoim ramieniu i osadziła cię z powrotem w fotelu. „Nie bierzesz, dostajesz tyle, ile ci daję, i dopiero wtedy, kiedy o to prosisz.” szepnęła tuż przy wardze. Czekała, aż oddech ci się wyrówna, i dopiero wtedy pocałowała cię naprawdę, głęboko, pewnie, bez pośpiechu.
Smakowała herbatą i odrobiną mięty, a język prowadził twój bez pytania, które już padło. Dłoń na ramieniu była stanowcza, druga wplotła się we włosy przy karku i przytrzymała cię dokładnie tam, gdzie chciała. Słyszałeś szelest jej spódnicy, kiedy przysunęła się bliżej, i cichy stuk obcasa o nogę krzesła. Puściła cię, zanim zdążyłeś zgubić resztę przytomności, i została centymetr od twoich ust. Na wargach został ślad jej szminki, ciemniejszy niż myślałeś, ciepły i wyraźny.
„Zdejmij marynarkę i połóż ją na oparciu, nie na podłodze.” powiedziała, prostując się. Zrobiłeś to, a materiał zsunął się z ramion i został tam, gdzie kazała, jeszcze ciepły od ciebie. Dominika przyjrzała się koszuli, rozpięła ci jeden guzik przy kołnierzu i wsunęła palce pod tkaninę, na rozgrzaną skórę obojczyka. „Ciepły.” stwierdziła, jakby notowała fakt do pamięci, tylko że głos jej przy tym zadrżał. „Jeszcze jeden guzik, i patrz mi w oczy, kiedy to robię.”
Spełniłeś polecenie, a ona rozpięła drugi guzik sama, powoli, paznokciem sunąc po brzegu tkaniny. W gabinecie zrobiło się ciaśniej, choć okno za nią było szerokie i zimne od miasta. Widziałeś, jak unosi się jej pierś pod bluzką i jak sama walczy z tempem, które narzuciła. „Możesz położyć dłonie na moich biodrach, tylko tam, nie wyżej i nie niżej, dopóki nie powiem.” pozwoliła. Kiedy to zrobiłeś, poczułeś ciepło jej ciała przez spódnicę i to, jak świadomie opiera się o twoje dłonie.
„Mocniej.” szepnęła, i ścisnąłeś ją tak, jak prosiła, bez szarpania, z całą uwagą, jaką w tobie budziła. Dominika westchnęła cicho, prawie bezgłośnie, i ten dźwięk przeszedł ci po kręgosłupie jak prąd. Przysunęła się jeszcze, aż jej kolana dotknęły twoich, a bluzka musnęła twoją rozpiętą koszulę. „Czujesz, jak bardzo chcę to prowadzić, więc nie zgaduj, tylko powiedz mi to na głos.” zapytała. „Czuję i chcę zostać dokładnie w tym, przy tobie.” odpowiedziałeś ochryple.
Uśmiechnęła się szerzej, tym razem cieplej, choć władza w jej oczach nie zniknęła ani na moment. Sięgnęła do własnej bluzki i rozpięła jeden guzik, tylko jeden, na tyle, byś zobaczył początek dekoltu i cień koronki. Nie dała ci czasu na komentarz, tylko patrzyła, czy potrafisz wytrzymać ten widok bez ruchu. Położyła twoją dłoń z powrotem na biodrze, kiedy odruchowo uniosłeś ją wyżej. „Jeszcze nie, najpierw usłyszę, jak prosisz, ładnie i bez stanowiska w głosie.” powiedziała miękko, a jednak stanowczo.
Serce biło ci tak głośno, że bałeś się, iż usłyszy je przez materiał koszuli i przez własną bluzkę. Dominika pochyliła czoło do twojego czoła, oddech w oddech, i przez chwilę milczała, żebyś poczuł ciężar tej bliskości. Jej udo wsunęło się między twoje, a dłoń zjechała po twojej koszuli aż do paska, gdzie zatrzymała się na sprzączce. Nie rozpięła jej, tylko przytrzymała metal opuszkami, chłodny wobec gorącej skóry pod spodem. „Tu jest granica tego wieczoru albo jej początek, i to ja zdecyduję, w którą stronę idziemy, kiedy usłyszę twoje następne zdanie.” szepnęła.
Uniosła twarz i spojrzała ci prosto w oczy, z wargami jeszcze wilgotnymi od pocałunku i palcami nieruchomymi na sprzączce. Za szkłem miasto paliło się reklamami, a w gabinecie zostało tylko jej ciepło, twój oddech i ten jeden niezdjęty guzik. „Mów, czy chcesz, żebym została przy twoich ustach i spowolniła to do szeptu, czy żebym rozpięła pasek i poszła dalej, czy wolisz powiedzieć, że jeszcze nie oddajesz całego prowadzenia.” powiedziała bardzo cicho. Kciukiem musnęła metal, nie otwierając go, i nie cofnęła dłoni. „Wybierz teraz, bo czekam i nie zrobię kroku za ciebie.”



