Po prezentacji w sali na dwudziestym piętrze klient wstał pierwszy i uścisnął ci dłoń tak, jakby umowa leżała już na stole. Natalia stała krok za tobą, z teczką przyciśniętą do jedwabnej bluzki zapiętej pod samą szyję, i poprawiała okulary, choć plansze dawno zgasły. Z koka wymknął się jeden jasny kosmyk, ten sam, który od rana uciekał spod spinki. Zjechałeś z nią windą do hotelowego baru, bo klient chciał jeszcze chwilę porozmawiać przed taksówką na lotnisko. Nad kontuarem paliły się niskie lampy, a skóra foteli pachniała ciepłym drewnem i cytrusową politurą. Poczułeś, że dzień jeszcze się nie skończył, tylko zmienił temperaturę.
Klient wychylił wodę z cytryną, podziękował i zniknął w szklanych drzwiach, zostawiając ciebie i Natalię przy samym końcu baru. Odłożyła teczkę na sąsiedni stołek i wygładziła ołówkową spódnicę, jakby wciąż była na spotkaniu. Kelner zapytał, co podać, a ona spojrzała na ciebie, zanim w ogóle otworzyła usta. Poprosiłeś o dwie gazowane wody z limonką, bo chciałeś widzieć ją trzeźwą, przytomną i świadomą każdego słowa. Kiwnęła głową od razu, z tym zapałem, który w biurze brałeś za zwykłą sumienność. Szklanki zadzwoniły cicho o blat, kiedy kelner je postawił.
Usiadłeś na wysokim stołku i poczułeś, jak jedwab jej rękawa muska ci przedramię, kiedy poprawiała teczkę. Bar nie był pusty, ale głosy innych gości ginęły w miękkiej muzyce i w szumie ekspresu za kontuarem. Natalia zdjęła okulary, przetarła szkła rąbkiem chusteczki i założyła je z powrotem, jakby bez nich nie umiała na ciebie patrzeć. Kosmyk opadł jej na policzek, tuż przy oprawce. Nie odgarnęła go, tylko zacisnęła palce na szklance, aż limonka stuknęła o lód. Czekała, aż ty zaczniesz.
„Klient był zadowolony, prawda?” zapytała cicho, nie podnosząc wzroku znad wody. Odpowiedziałeś, że prezentacja poszła lepiej, niż zakładałeś, i że to także jej zasługa. Na te słowa zarumieniła się aż po kołnierzyk bluzki, a rumieniec był ciepły i wyraźny w niskim świetle. „Chciałam tylko zrobić wszystko tak, jak pan kazał.” Zawahała się, poprawiła okulary i dodała jeszcze ciszej. „Tak, jak pan mi powiedział rano, zanim weszliśmy na salę.”
Woda zostawiła na szklance wilgotny ślad, a ty przesunąłeś palcem po tej chłodnej linii, zanim odpowiedziałeś. Powiedziałeś, że po godzinach nie musi mówić do ciebie tak, jak przy kliencie, jeśli sama tego chce. Uniosła wzrok, a szkła odbiły lampę nad barem i kawałek twojej twarzy. „Jeśli mogę zapytać, czy naprawdę mogę?” W jej głosie nie było przekory, tylko ostrożna nadzieja. Kiwnąłeś, a ona odetchnęła tak, jakby ktoś właśnie zdjął jej z ramion ciężką teczkę.
„Dziękuję” szepnęła i od razu poprawiła się, jakby nawet podziękowanie wymagało twojej zgody. „To znaczy, dziękuję, że mogę.” „Nie umiem odmawiać, kiedy ktoś mówi, co mam zrobić, i dzisiaj przy planszach też tylko czekałam na twoje kiwnięcie.” Przełknęła, a kolczyk w uchu drgnął przy ruchu głowy. „W pracy to wygląda jak pilność.” „Po pracy okazuje się, że to nie jest dla mnie problem, tylko przyjemność.”
Zapytałeś, czy chce zostać jeszcze chwilę, skoro klient już odjechał, czy woli taksówkę przez Mokotów do domu. Nie odpowiedziała od razu. Obracała szklankę w palcach, a pasek spódnicy cicho drgnął, kiedy poprawiała się na stołku. „Chcę zostać” powiedziała w końcu, patrząc na twoją dłoń, nie na drzwi. „Ale tylko jeśli ty mi powiesz, że mam zostać.” „Inaczej będę się zastanawiać, czy nie powinnam już iść.”
Powiedziałeś, że ma zostać, i zobaczyłeś, jak prostuje plecy, jakby to jedno zdanie ustawiło ją z powrotem w roli, którą lubi. Kelner minął obok z tacą, a ona poczekała, aż odejdzie, zanim przysunęła stołek bliżej. Jej kolano otarło się o twoje, lekko, prawie przypadkiem, i zostało. Jedwab na jej udzie był ciepły od ciała, cieplejszy niż powietrze z klimatyzacji. Poczułeś ten żar przez własną nogawkę i nie odsunąłeś się. Patrzyła, czy to zauważysz, i kiedy nie odsunąłeś nogi, jej usta rozchyliły się w cichym, niedokończonym uśmiechu.
„Mogę zdjąć żakiet?” zapytała, choć w barze było raczej chłodno i po szybie właśnie zaczynał pełznąć deszcz. Pozwoliłeś, a ona zsunęła granatowy materiał z ramion i przewiesiła go przez teczkę, odsłaniając bluzkę zapiętą na ostatni guzik. Pod jedwabiem rysował się spokojny oddech, szybszy niż przy wodzie z limonką. „A spinkę, bo kosmyk i tak nie chce zostać na miejscu.” Czekała, aż odpowiesz, z palcami już przy włosach, ale jeszcze ich nie ruszyła. W okularach miałeś całe jej pytanie, wyraźne i niecierpliwe.
Powiedziałeś, że spinka może spaść, i patrzyłeś, jak ją wyjmuje dwoma ostrożnymi palcami. Kok rozluźnił się powoli, nie od razu, tylko tyle, ile pozwalał ciężar włosów i jedna poluzowana spinka. Jasne pasma opadły jej na szyję i na kołnierzyk, pachnąc czystą bawełną, ciepłą skórą i czymś bardzo lekkim. Założyła spinkę na spodek obok szklanki, starannie, równolegle do łyżeczki. „Tak dobrze?” zapytała, a w głosie miała ten sam zapał, z jakim rano podawała ci wydruki. Kiwnąłeś, a ona aż wyprostowała się z zadowolenia.
Odpowiedziałeś, że dobrze, i dodałeś, że ma odpiąć tylko górny guzik, nic więcej, dopóki nie powiesz. Palce jej zadrżały przy kołnierzyku, ale wykonała polecenie od razu, bez pośpiechu, który mógłby wyglądać na nieposłuszeństwo. Jedwab rozstąpił się na szerokość palca, ukazując dołek przy szyi i cienki złoty łańcuszek, którego rano nie zauważyłeś. Skóra pod nim była cieplejsza, niż wyglądała. „Jeszcze jeden?” zapytała, już z ręką niżej, i zaraz cofnęła palce, jakby sparzyła się o własną ochotę. „Przepraszam, miałam czekać.”
Pochwaliłeś ją za to cofnięcie, a ona aż przymknęła oczy, jakby pochwała była cieplejsza niż lampa nad barem. W tle ktoś się zaśmiał, szkło stuknęło o szkło, a ten hałas został gdzieś z boku, jakby bar nagle oddalił się od twojego stołka. Zapytałeś, czy na pewno tego chce, tu, po pracy, bez klienta i bez plansz, w pełni przytomna i bez żadnego pośpiechu. „Chcę” powiedziała wyraźnie, patrząc ci w oczy przez okulary. „Chcę, żebyś mówił, co mam robić.” „I chcę to robić, dopóki nie powiesz dość, albo dopóki ja nie powiem, że nie.”
Ustaliłeś to z nią krótko, przy wodzie i limonce, bez pośpiechu i bez podnoszenia głosu. Miała mówić nie, kiedy będzie nie, a ty miałeś przerwać od razu, bez dopytywania i bez namawiania. Kiwnęła, jakby to też było polecenie, które przyjmuje z ulgą, i powtórzyła twoje słowa szeptem, żeby je zapamiętać. „Mogę teraz dotknąć twojej dłoni?” zapytała. Pozwoliłeś, i jej palce, chłodne od szklanki, wsunęły się między twoje na blacie baru. Trzymała lekko, jak ktoś, kto czeka na znak, że może ścisnąć mocniej.
Siedziała tak blisko, że czułeś miętę z jej oddechu i ciepło jedwabiu, kiedy nachylała się po łyk wody. Kelner zabrał puste szklanki i zapytał o kolację. Pokręciłeś głową, a Natalia nie puściła twojej dłoni, nawet kiedy tamten odszedł z tacą. Winda do pokoi była za filarem, obok dyskretnego pulpitu recepcji hotelu, w którym klient wynajął salę. Nie zaproponowałeś pokoju. Zamiast tego przesunąłeś kciukiem po jej knykciach i zapytałeś, czy chce, żebyś powiedział jej, co widzisz.
„Chcę” szepnęła. „Powiedz mi, czy mogę to potem zrobić.” Opisałeś jej kosmyk na szyi, rozpięty guzik i to, jak siedzi prosto, choć kolano wciąż trzyma przy twoim. Dodałeś, że ma na ciebie patrzeć, kiedy będziesz mówił dalej, i nie poprawiać okularów, dopóki nie pozwolisz. Zrobiła dokładnie tak. Szkła zsunęły się odrobinę niżej, a ona ich nie ruszyła, tylko oddychała szybciej, czekając na kolejne zdanie.
Powiedziałeś, że ma wstać, wziąć żakiet i pójść z tobą do cichszego kąta przy oknie, gdzie bar się kończy, jeśli nadal tego chce. Wstała natychmiast, zanim zdążyłeś dopowiedzieć resztę. Obcasy stuknęły o posadzkę, ołówkowa spódnica opięła jej biodra, a żakiet wzięła na rękę, nie zakładając go. Przy oknie było ciemniej. Szyba oddawała twoje odbicie i jej profil, a za szkłem światła Mokotowa rozmywał deszcz, którego wcześniej nie zauważyłeś. Postawiłeś jej teczkę na szerokim parapecie, z dala od baru i od kelnera.
„Tutaj nikt nas dobrze nie widzi” szepnęła, a potem od razu poprawiła się, spuszczając wzrok. „Przepraszam, nie powinnam mówić za ciebie.” „Czy mogę tu stać?” Potwierdziłeś, że może, i kazałeś jej oprzeć się plecami o chłodną szybę, jeśli to jej odpowiada. Zrobiła to od razu, a jedwab przywarł do szkła z cichym, krótkim dźwiękiem. Poczułeś, jak staje bliżej, kiedy sam zrobiłeś krok, i jak jej oddech przyspiesza, zanim jeszcze jej dotknąłeś, a deszcz stukał za jej łopatkami.
Zapytała, czy może unieść twarz. Kiedy kiwnąłeś, okulary zsunęły się jej jeszcze odrobinę na nos, a usta znalazły się tuż przy twoich, jeszcze nietknięte. Nie pocałowałeś jej. Zatrzymałeś się o jeden oddech, tak blisko, że czułeś miętę z limonki i ciepło skóry pod złotym łańcuszkiem. „Dlaczego stoisz?” zapytała, a w tym pytaniu nie było pretensji, tylko prośba o instrukcję. Powiedziałeś, że ma najpierw powiedzieć, czego chce, własnymi słowami, bez chowania się za twoim poleceniem.
Zagryzła wargę i przez chwilę milczała, jakby słowa były trudniejsze niż guzik przy kołnierzyku. Palce zacisnęła na klapie twojej marynarki, ale nie pociągnęła cię bliżej. Słyszałeś bar daleko z lewej, czyjś śmiech, brzęk lodu, i równocześnie tylko jej oddech przy swoim uchu. „Boję się powiedzieć za dużo” szepnęła. „I równocześnie chcę powiedzieć wszystko, jeśli mi pozwolisz.” Kiwnąłeś raz, powoli, i poczułeś, jak jej palce drżą na materiale.
„Chcę, żebyś mnie pocałował” powiedziała w końcu, wyraźnie, choć cicho. „Chcę, żeby twoja dłoń została na moim biodrze, nad spódnicą, albo pod nią, jak sam zdecydujesz.” „I chcę potem pójść z tobą tam, gdzie dasz mi kolejne polecenie, jeśli powiesz, że mogę iść.” Rumieniec zszedł jej z szyi niżej, pod rozpięty guzik, i zgubiła się na moment we własnym zdaniu. Poprawiła się od razu, bo nie umiała zostawić prośby niedokończonej. „Jeśli też tego chcesz, a jeśli nie, powiedz, a odsunę się.”
Nie odsunęła się. Czekała, z plecami przy szybie i z ustami o oddech od twoich, a okulary lekko zaparowały od jej ciepła. Twoja dłoń zawisła przy jej biodrze, jeszcze w powietrzu, tak blisko jedwabiu, że czułeś żar, ale nie ciężar ciała. Marynarka napięła się pod jej palcami, kiedy wstrzymała oddech. W barze ktoś zawołał kelnera, a ten dźwięk do ciebie nie dotarł. Cały dzień, plansze, uścisk dłoni klienta i jej poranne potulne tak zbiegły się w tej jednej, nietkniętej przestrzeni między twoimi ustami a jej wargą.
„Czy mogę?” szepnęła, i to pytanie zawisło tak samo jak twoja dłoń. „Czy mogę teraz unieść brodę i czekać, aż sam zdecydujesz, gdzie mnie dotkniesz?” Patrzyła w górę przez lekko zsunięte okulary, posłuszna, rozpalona i całkiem przytomna. Deszcz stukał w szybę za jej plecami, równy jak czyjś zbyt spokojny puls. Poczułeś, że kolejny ruch należy do ciebie, i że ona nie zrobi go pierwsza. Zamarła w tym miejscu, tuż przed pocałunkiem, z prośbą na ustach i z nadzieją, że powiesz jej dokładnie, co ma dalej robić.



