Drzwi hotelowego pokoju zamykają się za tobą miękko, a cisza wydaje się gęstsza niż na korytarzu. W powietrzu czuć czystą pościel, ciepłe drewno i lekką nutę jaśminu, której nie umiesz od razu przypisać miejscu. Luna stoi przy oknie w ciemnej sukience, bosa, z włosami spiętymi luźno, jakby specjalnie zostawiła sobie możliwość rozpuszczenia ich później. Patrzy na ciebie spokojnie, z tym uśmiechem, który nie obiecuje wszystkiego naraz, tylko zaprasza do gry. Czujesz, że wszystko zaczęło się już w chwili, gdy wszedłeś i zobaczyłeś, jak nie spieszy się z powitaniem.
"Dobrze, że jesteś punktualnie" mówi cicho, a jej głos jest niższy niż w wiadomościach i cieplejszy, niż zapamiętałeś z krótkich zdań na ekranie. "Lubię mężczyzn, którzy potrafią przyjść na czas, i jeszcze bardziej tych, którzy potrafią poczekać, kiedy obiecuję im coś bez pośpiechu." Podchodzi wolno, nie dotykając cię, i zatrzymuje się na wyciągnięcie ręki, jakby sama chciała sprawdzić, czy wytrzymasz tę odległość. "Zanim cokolwiek zrobimy, chcę usłyszeć, że jesteś tu z własnej woli i że możesz powiedzieć dość w każdej sekundzie, bez tłumaczenia i bez wstydu."
Mówisz, że zostałeś, bo chcesz, i że dość będzie dla ciebie końcem, którego nie będzie musiała negocjować. Luna kiwa głową, a w tym geście jest ulga i satysfakcja jednocześnie, jakby właśnie dostała jedyną odpowiedź, która ją naprawdę obchodzi. "Dobrze, dość kończy zabawę bez pytań i bez pretensji, a jeśli coś będzie dobre, też mi to powiesz, bo lubię wiedzieć, kiedy trafiam w miejsce, którego sam jeszcze nie umiesz nazwać." Podaje ci szklankę wody ze stolika i czeka, aż wypijesz łyk, zanim doda, że dziś prowadzi ona, lecz tylko tak długo, jak sam jej na to pozwalasz.
Pokój jest urządzony prosto: szerokie łóżko, ciężkie zasłony, fotel przy ścianie i lampa, która daje ciepłe, niskie światło, nie za ostre na skórę. Na kołdrze leży czarna opaska z miękkiego materiału i cienka, jedwabna wstążka zwinięta starannie, jak przedmiot, który czeka na konkretną zgodę. Luna przesuwa po wstążce palcami, ale jeszcze jej nie podnosi, tylko patrzy, czy twoje spojrzenie zatrzyma się na niej dłużej niż na łóżku. "Widzisz, nic dramatycznego, czasem największe napięcie robi się z bardzo małych rzeczy, jeśli obie strony wiedzą, po co tu przyszły."
Zdejmujesz marynarkę, bo w pokoju jest cieplej, niż się spodziewałeś, i kładziesz ją na fotelu, czując na sobie jej uwagę. Luna obserwuje ten gest tak, jakby każdy twój ruch był już odpowiedzią, nie tylko przygotowaniem. "Usiądź na brzegu łóżka" mówi w końcu, a w jej tonie nie ma ostrości, tylko spokojna pewność, która nie potrzebuje podniesionego głosu. Siadasz, materac ugina się pod tobą, a ona staje między twoimi kolanami i kładzie opaskę na twoim udzie. "Najpierw oczy, potem głos, a dotyk przyjdzie wtedy, kiedy przestanie być oczywisty i zaczniesz naprawdę słuchać."
"Mogę?" pyta, unosząc opaskę, i nie rusza się, dopóki nie powiesz tak wprost, nie skinieniem, tylko słowem. Gdy potwierdzasz, obchodzi cię i staje za plecami, a jej chłodniejsze palce odgarniają ci włosy z czoła, zanim ułożą materiał na powiekach. Węzeł z tyłu jest równy i nie za ciasny, tak żebyś czuł granicę, ale nie ucisk, i przez chwilę słyszysz tylko jej oddech przy karku. "Za mocno?" szepcze tuż przy uchu, a kiedy kręcisz głową, poprawia opaskę jeszcze o milimetr, jakby twój komfort był częścią jej przyjemności. "Dobrze, od tej chwili nie patrzysz, tylko słuchasz i czujesz, a ja będę mówić na tyle blisko, żebyś nie mógł udawać obojętności."
Ciemność pod opaską jest miękka, pachnie tkaniną i jej perfumami, a pokój nagle składa się z dźwięków, których wcześniej nie wyłapywałeś. Słyszysz, jak Luna odchodzi o dwa kroki, potem wraca, i ten drobny ruch wystarcza, żebyś napiął ramiona, choć nic jeszcze nie kazała. "Ręce na udach, dłonie otwarte, nie zaciskaj ich, dopóki ci nie pozwolę" mówi szeptem, a ty wykonujesz polecenie, zanim zdążysz o nim pomyśleć. "Widzisz, już jesteś uważniejszy, i właśnie to lubię u mężczyzny, który na co dzień pewnie sam rozdaje polecenia."
Jej oddech muska ci kark wcześniej niż dotyk, a potem przez długą chwilę nie dzieje się nic, i ta pauza jest ostrzejsza niż spodziewany pocałunek. "Nie spiesz się z wyobrażaniem, i tak się mylisz" szepcze, a w jej głosie jest uśmiech, nie kpina. Palce przesuwają się po twoim karku lekko, schodzą na obojczyk i zatrzymują się przy pierwszym guziku koszuli, jakby sama sprawdzała, czy wytrzymasz niewiedzę. "Mogę rozpiąć, ale chcę to usłyszeć, bo ciemność nie zwalnia cię z jasnej odpowiedzi."
Kiwasz głową, lecz ona nie rusza się od razu i czeka, aż poprawisz się słowami, nie gestem. Mówisz, że tak, że może rozpiąć, i dopiero wtedy guzik ustępuje pod jej palcami, a chłodniejsze powietrze wchodzi na skórę. Luna rozpina kolejne guziki powoli, zatrzymując się przy każdym, kiedy zmieniasz oddech. "Tu się spiąłeś, a tu już nie, i dobrze się uczysz, nawet kiedy udajesz, że to ty panujesz nad tempem" mówi tak blisko, że czujesz ruch jej warg przy uchu. Koszula opada z ramion, a ona każe ci zostać w miejscu, kiedy ściąga ją do końca i odwiesza, jakby porządek też był częścią gry.
"Pięknie" mówi, gdy zostajesz bez koszuli, i nie brzmi to jak komplement rzucony dla efektu, tylko jak ocena, którą zachowuje dla was dwojga. Jej dłonie wracają na twoje barki, kciuki rysują powolne kręgi, a ciepło skóry miesza się z chłodem pierścionka, którego wcześniej nie zauważyłeś. "Jeśli powiem, żebyś się nie ruszał, zostaniesz, a jeśli powiem bliżej, przysuniesz się tylko o tyle, o ile pozwolę, bez zgadywania i bez wyprzedzania mnie." Czekasz na pytanie, a ona dodaje ciszej, że chce usłyszeć zgodę jeszcze raz, zanim usiądzie tam, gdzie już prawie czujesz jej ciężar.
"Zgoda" odpowiadasz, a głos masz niższy, niż planowałeś, jakby opaska zabrała ci część tej swobody, z którą zwykle mówisz. Luna śmieje się krótko tuż przy twojej skroni, ciepło i blisko, bez pośpiechu, który zdradzałby niecierpliwość. "Och, to już coś, lubię, kiedy uprzejmy mężczyzna po trzydziestce zaczyna brzmieć, jakby tracił nad sobą tę słynną kontrolę, i jeszcze nie wie, czy mu z tym dobrze." Siada ci na udach, lekka i pewna, sukienka szeleści, jej kolana obejmują twoje boki, a ręce każe ci zostawić na materacu, nie na niej, jeszcze nie.
Czujesz ciepło jej ud przez cienką tkaninę i to wystarcza, żeby krew przyspieszyła, choć Luna wciąż nie całuje cię naprawdę. Najpierw wodzi ustami wzdłuż linii szczęki, nie domykając pocałunku, tylko sprawdzając, jak reagujesz na samą obietnicę. "Oddychaj głębiej, nie gonisz mnie, ja decyduję, kiedy dostaniesz więcej" szepcze, a jej język muska płatek ucha tak krótko, że sam nie wiesz, czy to się zdarzyło. Zaciskasz palce na pościeli, materiał ugina się pod nimi, i słyszysz, że ona to zauważa. "O, proszę, materac może dostać twoje ręce, a ja dostanę je później, jeśli zasłużysz na coś więcej niż ładne posłuszeństwo."
"Zasłużę" mówisz szybciej, niż chciałeś, a ona milczy tak długo, że zaczynasz żałować tego pośpiechu i słyszysz własny oddech głośniej niż jej. "Być może, na razie zasługujesz na to, żebym ci powiedziała, co czuję, a nie na to, czego najbardziej chcesz" odpowiada w końcu, spokojnie, bez karcenia. Przysuwa się bliżej i twoja naga skóra styka się z jej sukienką, wciąż zapiętą, irytująco obecna jak bariera, którą tylko ona może zdjąć. "Jesteś ciepły, spięty w dobry sposób, i bardzo chcesz wiedzieć, gdzie położę usta za minutę, ale tego ci nie powiem."
Jej palce wędrują po twoim brzuchu, omijają pasek spodni i wracają wyżej, jakby najważniejsze było właśnie to, czego nie robi. "Rozepnij pasek sam, powoli, a potem połóż dłonie z powrotem na materacu" mówi nagle, a szept nie traci miękkości, choć polecenie jest jasne. Wykonujesz je po omacku, metal cicho szczęka, skóra paska przesuwa się przez szlufki, i każdy dźwięk wydaje się zbyt głośny w tym pokoju. Luna oddycha równo, słyszysz w tym kontrolę i ciekawość. "Dobrze, posłuszny, ale nie potulny, taka mieszanka pasuje do tego łóżka i do mnie."
Kiedy pasek ląduje obok, ona podnosi jedwabną wstążkę i przesuwa ją po twoim nadgarstku tylko raz, jak pytanie zadane skórze, zanim padnie słowami. "Mogę związać ci ręce z przodu, luźno, tak żebyś mógł je uwolnić, gdybyś naprawdę chciał, bo to nie jest klatka, tylko przypomnienie, że dziś nie sięgasz pierwszy?" Czekasz przez oddech, a ona dodaje, że jeśli wolisz same słowa, wstążka zostanie na łóżku i nic się nie zepsuje. Zgadzasz się wyraźnie, głosem, i słyszysz, jak Luna uśmiecha się bez przyspieszania, zadowolona nie z władzy samej w sobie, tylko z tego, że dajesz jej ją świadomie.
Bierze twoje nadgarstki, układa je przed tobą i owija jedwab tak, żeby węzeł był równy, a skóra nie piekła, po czym każe ci poruszyć palcami. Poruszasz nimi swobodnie, a ona sprawdza luz kciukiem i poprawia wstążkę o włos, zanim uzna, że jest dobrze. "A teraz powiedz mi jeszcze raz, czy nadal chcesz, żebym prowadziła, bo związanie nic nie znaczy bez tego zdania" szepcze, trzymając twoje dłonie w swoich. Odpowiadasz, że tak, wyraźnie, prawie chrapliwie, i dopiero wtedy całuje cię naprawdę, powoli, głęboko, z językiem, który nie prosi o pośpiech. Smakujesz jej oddech, ciepły i czysty, i tracisz na moment resztę pokoju, zostaje tylko jej usta i jedwab na nadgarstkach.
Pocałunek urywa się wtedy, kiedy sam zaczynasz go gonić, a Luna odsuwa się o szerokość dłoni i kładzie ci palec na ustach. "Nie, jeszcze nie ty, dziś nie odbierasz więcej, niż ci dam" mówi łagodnie, choć w tym zdaniu jest granica twardsza niż wstążka. Schodzi z twoich ud, a brak jej ciężaru jest prawie bolesny, i słyszysz suwak sukienki, długi, cichy, potem tkaninę opadającą na dywan. "Nie zgaduj, jak wyglądam, zgaduj, czego chcę, i traf, bo za złą odpowiedź każę ci czekać jeszcze dłużej, a mam do tego więcej cierpliwości niż ty."
Jej naga skóra dotyka twojej, najpierw kolanem, potem brzuchem, potem piersiami, które przesuwa po twoim torsie celowo wolno, jakby chciała, żebyś zapamiętał kolejność. Sutki są twarde, a ten szczegół wytrąca ci oddech mocniej niż samo ciepło jej ciała. "Ręce związane zostają na kolanach, biodra możesz unieść tylko wtedy, kiedy powiem, inaczej wracam do sukienki i zaczynamy od oddechu" przypomina, a w głosie ma nadal tę lekką nutę, która nie pasuje do surowości słów i właśnie dlatego działa. Jej dłoń wsuwa się między was, rozpina ci spodnie i zatrzymuje się na bawełnie bielizny, dokładnie tam, gdzie jesteś już twardy. "Och, tu nie udajesz, i bardzo mnie to cieszy, bo lubię fakty bardziej niż ładne zapewnienia."
Luna obejmuje cię przez materiał raz, stanowczo, i puszcza, zanim zdążysz westchnąć do końca, a ten brak jest celowy jak każde jej wcześniejsze wahanie. "Chcę cię mieć w ustach" mówi przy twoim uchu, wprost, ale bez krzykliwego pośpiechu, jakby odważne zdanie też mogło być szeptem. "Chcę też, żebyś najpierw poprosił, nie błagał, tylko poprosił jak mężczyzna, który wie, czego chce, i umie oddać prowadzenie, nie tracąc przy tym głosu." Jej kciuk rysuje leniwą linię po całym twoim penisie, wciąż przez bieliznę, od nasady aż po czubek, i zatrzymuje się tam, gdzie tętno zdradza cię najszybciej.
"Mogę zdjąć ci resztę ubrania, mogę uklęknąć, mogę kazać ci leżeć i tylko przyjmować, ale najpierw wybierasz ton, nie ja" dodaje, a jej usta schodzą na szyję, potem na pierś, zostawiając wilgotny ślad, który stygnie w klimatyzowanym powietrzu. Ciemność pod opaską pulsuje razem z tętnem, czujesz zapach jej skóry, jaśmin zmieszany z ciepłem, i słyszysz ciche przesunięcie jej kolan na dywanie. Jedwab na nadgarstkach przypomina ci zasadę, którą sam przyjąłeś, kiedy mogłeś jeszcze wybrać same słowa. Luna całuje cię tuż nad pępkiem, potem niżej, przy krawędzi bielizny, i zatrzymuje usta tak blisko, że jej oddech grzeje cię przez cienki materiał.
Nie rusza dalej, choć jej palce haczą już za gumkę i mogłyby ściągnąć ją jednym ruchem, gdyby uznała, że dość już czekałeś. Drugą dłonią opiera się o twoje udo, paznokcie ledwie dają znać o sobie, bez zadrapania, tylko obietnica, która trzyma cię mocniej niż jedwab. "Powiedz mi, jak mam cię wziąć, powoli i czule, odważnie i głęboko, czy tak, żebym musiała co chwilę przerywać, bo lubisz, kiedy cię drażnię i nie daję ci pełnego spokoju" szepcze, a uśmiech słyszysz, choć go nie widzisz. "Masz trzy oddechy, potem albo usłyszę, czego chcesz, albo odsunę się i zacznę od nowa, jeszcze wolniej, bo ja już wiem, że umiem czekać."





